zapuść lubej Dvořáka

2010/02/14, niedziela

Otóż właśnie: każdy ma swoje sposoby. A ponieważ miłość nie ma regulaminu i nie bardzo wiadomo, czym jest (religią? Namiętnością? Przyjaźnią? Seksem? Szaleństwem? Wszystkim tym naraz?) - pisarz może wymyślić setki sposobów, w jaki jego bohater (bohaterka) będzie swą potencjalną ofiarę kusił, uwodził. Jak pisze w “Spotkaniu” Milan Kundera - w dawnych powieściach miłość zajmowała rozległą przestrzeń rozciągającą się od pierwszego spotkania do progu kopulacji. A próg ten stanowił granice nie do przekroczenia. W wieku XX powieść odkrywa seksualność stopniowo, ale we wszystkich jej wymiarach. I nie tylko powieść. Spójrzmy jak z kuszeniem radzą sobie bohaterowie literatury nam najbliższej, bo współczesnej. 

Bohater Darka Foksa stosuje w wierszu “Poprawiny” stary, sprawdzony chwyt: “na gitarę” - metaforycznie rzecz ujmując, bowiem podrywa lubą - Olę M. - na (własną) książkę. “Kiedy zakochuję się / bez pamięci w kobiecie pracowitej / z elementem dekadenckim, / otwieram szafę z egzemplarzami moich książek / i wybieram coś, co pasuje do aktualnego / elementu dekadenckiego”. Wręczając te skarby (do książki dołączył film), mówi kokieteryjnie: “Czytać nie musisz, ale koniecznie obejrzyj”. Podczas kolejnego spotkania Ola M. wyznaje, że była zbyt zapracowana, żeby obejrzeć i przeczytać, ale że powinni pójść do łóżka.

Stare chwyty stosuje też bohater słynnego “Konającego zwierzęcia” Philipa Rotha. To starzejący się wykładowca uniwersytecki, który uwodzi zjawiskową studentkę - Consuelę, w ekranizacji powieści graną przez Penelope Cruz. Otóż w tym przypadku następuje kuszenie “na profesora”. Kiedy zaprasza ową piękność na chatę, natychmiast zapuszcza Dvořáka i z dumą prezentuje księgozbiór. W ekranizacji pokazuje jej także rękopis Franza Kafki. - Ile jeszcze tych śmiesznych sztuczek muszę wykonać, ile jeszcze musimy przeczytać, wysłuchać, obejrzeć, żeby wreszcie dojść do meritum, cynicznie rozmyśla profesor. Consuela natomiast po prostu lekko wypina pupę. Dvořák i Kafka w oczywisty sposób nie mogą znieść tej konkurencji.

Jakże inne jest kuszenie w “Na plaży Chesil” Iana McEwana, który pozwala nam oglądać noc poślubną u progu rewolucji seksualnej. Jest rok 1962. Edward i Florence są tak pełni lęków, wstydu, przesądów i tłumionych namiętności, że ich zbliżenie po prostu musi skończyć się dramatem, co zresztą przeczuwamy od początku. “- Masz śliczną twarz i piękny charakter - wyznaje z powagą żonie świeżo upieczony mąż, kiedy znajdują się sami w pokoju - seksowne łokcie i kostki u nóg”. Seksowne łokcie! Kto dziś wymyśliłby coś równie wzruszającego, pełnego bezradności, subtelnego, a jednocześnie śmiałego? Oto uwodzenie przedstawia McEwan jako mission impossible, której nie ułatwia fakt, że para jest dorosła, po ślubie i znajduje się na bezpiecznym, komfortowym gruncie. W takiej sytuacji odnalezienie i pieszczota łonowego włosa wybranki, warte jest całej strony tekstu w książce! “Koniuszek kciuka dotykał wystającego spod majtek pojedynczego włoska, kołysząc go w tę i z powrotem i drażniąc korzeń i nerw torebki włosowej (…)”.

(więcej i inaczej czytaj lub nie czytaj - w miesięczniku Bluszcz)

Boga w sercu nie miał

2010/02/12, piątek

Założę się, że ford kuga świetnie się sprzedaje ze względu na nazwę: zwartą, mocną, dynamiczną, nieco egzotyczną. Brzmi jak imię afrykańskiej księżniczki albo korzeń o właściwościach halucynogennych. Nazwa superszybkiego zwierzęcia, którego mięśnie, ścięgna pracują jak tłoki – w idealnej ciszy geniuszu natury. Słyszycie państwo? Jest aerodynamiczne. Ładnie zamknięte, ma dobry kształt. Chętnie bym wsiadła do kugi i pojeździła kugą. Chętnie bym sobie tego słowa poużywała na co dzień.

Inaczej ford s-max, pechowo obdarzony nazwą dezintegrującą. Jak coś, co się tak nazywa, może w ogóle jeździć, na Boga! Słowo-niesłowo. Rozklekotane, nieposklejane. Mógłby się tak nazywać wieloziarnisty batonik (w rozsypce). To słowo – kompost, niemelodyjne, niedokończone. Brzydkie po prostu. Ford s-max – kompletnie bez polotu. Kopirajter, który na to wpadł, Pana w sercu nie miał. Kto u licha chciałby tym jeździć? Gdyby to była tabletka LSD, dezodorant, sieć taksówek. Eee, nie, i tak bym nie polubiła.

Inaczej z sugestywną, śliczną nazwą słynnej skądinąd restauracji Pędzący Królik, która stała się, jak to napisał w swoim reportażu Tomasz Kwaśniewski – nieformalnym symbolem afery hazardowej. – Ja naprawdę mam świadomość, że Pędzący Królik jako restauracja nikogo nie interesuje – rzekła właścicielka. – Że tu chodzi jedynie o nazwę. Bo jest dźwięczna, wdzięczna, wpada w ucho, jak ulał pasuje do historii. (…) tu się kłania literatura, proszę pana. Konkretnie „Alicja w krainie czarów” Lewisa Carrolla (…). Nie, nie mam pojęcia, dokąd pędzi. Nikt tego nie wie. Po prostu pędzi, a Alicja za nim. Oto cała tajemnica.

Niejeden zamiast do baru „Maria”, pójdzie do „Samotności”.
Niejeden wprost z „Chaty Polskiej” pobiegnie do „Zwiąż mnie”.
Niejedna z “La Scali” rześko pójdzie w „Dym”.

Słuchaj, miałam kapitalny seks

2010/02/8, poniedziałek

Na przykład uroczy przymiotnik „kapitalny”: wyglądasz dzisiaj kapitalnie, kapitalne pierożki, kapitalny film dzisiaj widziałem, no kapitalna pogoda! Słuchaj, miałam kapitalny seks, kapitalną książkę czytałem, kapitalne zdanie zbudowałeś stary, no kapitalny najwyraźniej z ciebie gość! Trudno wyrzec się słowa, która się zadomowiło w naszym gościnnym języku, które przecież obdarzyliśmy dozą ciepła, które mamy we krwi. Można oczywiście poddać się zgubnemu nałogowi, pofolgować sobie z kretesem. Ale można też walczyć. Trzeba tedy splunąć trzy razy za lewe ramię, obrócić się w kółko i powiedzieć „słowa kapitalny używa w sytuacji erotycznej sąsiad spod dwójki, ten buc”. Lub liczyć na to, że słowo samo się zmęczy i ustąpi miejsca cudownemu słowu „ogólnie” – i to będzie jak Nowy Rok.

Czujecie Państwo, że śmieci językowe zalegają wam pod językiem? Jak się pchają na początek zdania? Jak pragną stać się wypełniaczem, watą, amalgamatem wypowiedzi? Jak merdają ogonkami i aż miauczą, żeby je wybrać? Czasem traktujemy je jak przecinki, z siarczystym, ekspresyjnym, wyjątkowej urody polskim słowem „kurwa” na czele. Innym razem dają fory, pozwalają się rozpędzić, zebrać myśli, krótko mówiąc – dają nam czas, jak papieros: można czymś zająć ręce, pogrzebać w pudełku, upuścić zapałkę. Czasem wydaje się, że nam dodają prestiżu: szczególnie „jakby” albo „rozumiem, że” - brzmią uniwersytecko, wręcz intelektualnie i na pewno są oprawione w szary papier, a na grzbietach mają profesorskie togi. Potrafią brzmieć protekcjonalnie, a nawet niegrzecznie, ale nie są przecież szczególnie napastliwe, w każdym razie udają neutralność.

Śmieć językowy jest podstępny jak agent Smith w „Matrixie”: udaje przyjaciela, ogólną gotowość, nagle się staje poręczny, wyjątkowo – wygodny i za chwilę już pasożytuje na naszym zdaniu, zakrada się i przypuszcza atak. Nagle się staje natręctwem, nerwicowym odruchem, słowem-wytrychem (bo przecież nie kluczem). I zdarza się, że to ono (słowo) zaczyna nam porządkować zdanie, że można każdą wypowiedź tak złożyć, żeby się w niej miejsce dla słowa-kruczka znalazło. Rozumiem, że ogólnie, prawda, jakby, oraz także na przykład, kurwa jego mać, ponieważ, permanentnie generowane fuck, no raczej oraz gdyż.

się kocha, się roni

2010/02/4, czwartek

Mówi, że pisze, bo nie wie. Jak. Pisać. Żeby się  rozliczyć z widmami. Dosyć to u niego dosłowne. W jego powieściach widma żyją na tych samych prawach, co ludzie. Mówi, że pisze o śmierci, bo nie wie. Czym jest. Śmierć. Anioł u niego ginie w pierwszej scenie opowiadania z nowej książki „Nadchodzi”. Duży brodacz o twarzy mnicha (skąd skojarzenie z Wojtkiem Bonowiczem? Wojtku, przepraszam). Ciało nie dematerializuje się cudownie, nie idzie od anioła żaden nieziemski zapach („Mnie też psują się zęby” – skąd skojarzenie z „Niebieskim” Kieślowskiego? Panie Krzysztofie, przepraszam!). Trzeba je taszczyć, krwawi, psuje się. Trzeba się go „pozbyć”. Skrzydło trudno upakować do auta, taki anioł – jako ciało – dość jest nieporęczny. Oczywiście w lesie gubią drogę, jest strach, dzikie psy skupiają się wokół nich jak owocówki nad malinowym chruśniakiem. Robi się dość niesamowicie.

Ale już w innym opowiadaniu tej księgi nie mamy pewności (a po co nam pewność?), że to świat, którym rządzi reguła baśni. Bo może Łukasz Orbitowski pokazuje nam, metaforycznie rzecz ujmując, dojrzewanie uczuć macierzyńskich bohaterki. A że ta znajduje wyłom w rzeczywistości i jasny pokój, w którym zburzono czas, i jest dziecko, którego w „normalnej” rzeczywistości (jeszcze) nie urodziła? W pokoju dziecko się kocha. W rzeczywistości – roni.

Zaraz państwo powiedzą – znamy ten myk, znamy ten horror show. A jednak jest coś niesamowitego w opowiadaniach Orbitowskiego. Sądzę, że to pewna kameralność, oszczędność środków i skupienie na kilku bohaterach, których się prowadzi „chicho i powoli”. Jakby nas wpuszczono za kurtynę i pozwolono podglądać. Że to, co widzimy, nie zawsze nam się musi podobać? Taka jest cena wiedzy, powiedziałby jeden z bohaterów – biblijna.

Smutek peronów, gdy mróz dupę ściska

2010/02/2, wtorek

Zdjęcia do programu odbywają się w Ożarowie, w potężnej hurtowni Olesiejuka. A ponieważ książki ciągną się nie tylko metrami pod never-ending-sufit, ale także leżą wszędzie, tworząc tuneliki, labirynty, zaskakujące (pardon) ustępy i istne pieczary – człowiek chcąc nie chcąc sięgnie przechodząc: a to po poradnik seksualny, a to wielką epicką powieść dziewiętnastowieczną. I nawet Ci, którzy powtarzają czupurne & prowokacyjne „Ja tam przeczytałem jedną książkę w życiu i była to książka kucharska” – wymiękają, przeglądając w amoku, co im wpadnie w ręce. Otóż wczoraj wchodząc (relatywnie) rano do hurtowni ujrzałam pięciu panów z ekipy programu pogrążonych w lekturze. Jaki pokrzepiający obrazek. Po całodziennych bajaniach na temat książek (są ludzie, których to autentycznie cieszy) i wsunięciu jakiegoś hinduskiego cudu kulinarnego w przelocie – wylądowałam na dworcu PKP Warszawa Centralna, który pewien poeta nazywa Betonowym Hadesem. Uzbrojona w hasło, że chaos też może być piękny, uzbrojona w herbatę, czapkę i wszystko, co na dworcu w Europie Środkowej może okazać się zbawienne – ruszyłam do konfrontacji w brutalną rzeczywistością (prawa jest taka, że nie spodziewałam się żadnych przestojów, wyłomów w planach, a już na pewno ogólnoświatowej awarii wszystkiego). Ja i trzy wielkie torby książek z godnością znieśliśmy infosa o piętnastominutowym poślizgu, z nonszalancją znieśliśmy infosa o półgodzinnym poślizgu, z bohaterstwem znieśliśmy infosa o czterdziestominutowym poślizgu. Zawsze to można obrócić w żart lub przekuć w korzyść pod tytułem „wnikliwa obserwacja żywej tkanki społecznej”, „poetyka PKP” lub „smutek peronów, gdy mróz dupę ściska”. Natomiast, kiedy pociąg zwiększył opóźnienie do stu dwudziestu minut, pani spikerka (w stanie jakby entropii, apatii lub anemii) odparła, że szlag trafił elektronikę i nie należy ufać temu, co się na tablicach wyświetla (jacyś szatani są tam czynni?) – wymiękłam. Dobrze, że się człowiek może ogrzać własnym telefonem, jeszcze jak mu miłość w okienku świeci, zamiast “rzucę cię” lub “kup, kochanie w Carrefourze”. Daliśmy radę. Otóż wszyscy pasażerowie się schronili w księgarni (książki! jaki cudowny laitmotiv!) i nuże dyskutować na temat tytułów: półprzytomni! Nocą! Dalejże – o przekładach, poezji, kondycji polskiej prozy. Państwo myślą, że mi (do reszty) odbiło? A to prawda (najczystsza). Kiedy pociąg nadjechał, Ci, którzy wytrwali, zaczęli klaskać. Rozmowy o książkach przeniosły się do wagonów, do Warsa. Ludzie zaglądali do książek współpasażerów i pomyślałam, że życie bywa może „dziurawe”, ale robi też czasem „niezłe jaja”. Nie umrę na smutek zwrotnic! Nie umrę na PKP!

O tym, co najważniejsze

2010/01/26, wtorek

NIE RATOWAĆ
“Nie mogę już a b s o l u t n i e… przebacz mi moją straszną zbrodnię… chciałem ciągnąć agonię, już absolutnie niemożliwe. To i tak nie do uniknięcia… Przebacz, błagam, nie rozpaczaj. Myśl, że skończyła się moja męczarnia, nawet Ty nie znałaś jej głębi całej. Kochana, żyj. Dobranoc, moje światło, dobranoc, moja kochana, dobranoc, Olu”.

Tak zaczyna się (i kończy) pożegnalny list Aleksandra Wata do żony Oli. List, który rozpoczyna (dokonany przez Barbarę Toruńczyk) wybór korespondencji Oli Watowej z Czesławem Miłoszem (Zeszyty Literackie 2009).

Milan Kundera w swojej nowej książce „Spotkanie” cytuje Celine’a, który przywołując śmierć suki pisze: “Widziałem wiele agonii… tu… tam… wszędzie… Ale nigdzie nie były one tak piękne, tak dyskretne… wierne… Co szkodzi agoniom ludzi, to zbyt głośne ho ho ho… Człowiek jest jednak wciąż na scenie… nawet najprostszy”. - Któż nie zna makabrycznej komedii sławetnych „ostatnich słów” wypowiedzianych na łożu śmierci?” - pyta Kundera. No właśnie, nawet rzężąc, człowiek jest wciąż na scenie.

NIE RATOWAĆ. To wystarczy. Wszystko jasne.

Ale „Listy o tym, co najważniejsze” to nie jest książka o umieraniu, chociaż śmierć nieustannie nam podczas lektury towarzyszy. Ile chcenia, życia w tym ubieganiu się o pisarską sprawiedliwość, o wypełnienie woli tekstu. W listach mowa bowiem o czułej opiece – edytorskiej, merytorycznej – nad spuścizną Wata. Także tą, która w czasie ostatnich postępów choroby zapisana została na magnetofonowych taśmach.

W monotematycznej korespondencji widać nie tylko determinację Oli Watowej w walce o teksty – to obsesja, którą Miłosz stara się rozproszyć, wtrącając tu i ówdzie wiadomości o wspólnych przyjaciołach, ale ona pisze:

“Kochany, drogi Czesławie – podaję Ci te jego słowa ostatnie ku Twojej serdecznej o Nim pamięci, a wiedząc, że piszesz o Nim – myśl, w jakim cierpieniu tworzył i jak musiał okrutnie cierpieć, żeby zdecydować się na ten gest świadomego rozstania ze mną, z synem i z poezją.
Praca zarejestrowana na magnetofonie, której Ty byłeś „idealnym słuchaczem”, n i e m o ż e, n i e p o w i n n a zginąć. To teraz cel mojego życia”.

Otóż i wyjaśnienie zagadki tytułu.

Nie znam się na poezji

2010/01/20, środa

W ostatnim numerze „Znaku” pojawiła się interesująca dyskusja na temat rzekomego bankructwa humanistyki (lub odwiecznych wieści o jej rychłej śmierci). Temat obracało kilku znakomitych profesorów: Henryk Markiewicz, Ryszard Nycz i Marian Stala. Autorzy wywiadu zadali pytanie o różnicę między czytaniem „profesjonalnym” i „amatorskim”. I drugie, zaskakujące w swej prostocie - „po co właściwie się czyta”?

Marian Stala powiada, że czytanie amatorskie jest intuicyjne i na ogół bezinteresowne. Markiewicz zaś - że amator czyta dla przyjemności, profesjonalista zaś - przede wszystkim dla celów poznawczych. Sadzę, że nawet jak czytamy „profesjonalnie” (cokolwiek to znaczy), przyjemność jest, za przeproszeniem, po naszej stronie. Kto bowiem wybiera „zawód” humanisty dla pieniędzy? Kto, proszę państwa, robi to z żądzy władzy? Dla kariery? Mając w perspektywie szybkie auta i dziewczyny? Na litość boga. Zatem oddzielanie przyjemności od pracy na platformie lektury jest jak oddzielanie formy od treści (możemy bawić się tak w nieskończoność).

Słuszną za to wydała mi się uwaga Henryka Markiewicza: „W rzeczywistości spotykamy często wrażliwych amatorów i tępych profesjonalistów”. Jak bowiem opisać przygody panów, z których jeden - bez krytycznoliterackich narzędzi - czyta pełną gębą, kuma intencje, interpretuje z rozmachem, fantazją i fajnie, zaś „naukawiec” przykłada linijki, cyrkle, szablony, tabelki i nic mu, za przeproszeniem, nie wychodzi? Nie mogę się oprzeć (przepraszam) i nie porównać humanistów do artystów (przepraszam). Państwo wybaczą łatwą analogię, ale czy dyplomowany malarz po Akademii Sztuk Pięknych ma mistyczną legitymację do objawień? Dlatego przykro mi, kiedy „humaniści” przyjmują protekcjonalny ton wobec czytaczy „amatorów”. Częściej powinni się od nich uczyć - żywej radochy z lektury, świeżości spojrzenia, przeżywania książki, zachwytu. Żal dupę ściska, kiedy taki ktoś zadziera nosa i deprymuje „czytacza”, który składa gębę w ciup i zanim zamilknie - szepnie: „Nie znam się na poezji”. I dzięki bogu! Tutaj, prze pana, każdy się myli. Sam poeta najczęściej się myli swoim własnym wierszem - czy nie tak? To taki mój mały postulat w ramach łamania poetyckich kodów: wcale nie trzeba ich łamać, bo się ich nie da „znać”.

porównania nie do zażegnania

2010/01/17, niedziela

Czasem jeden płonny obrazek może pięknie spuentować nam dzień. Żadna nowość, świetnie wiedzą to reporterzy, ale także poeci, którzy potrafią zamknąć w zdaniu całą miłość (cudzą lub własną), albo chociaż smak wina, które nam się widzi jakimś czary mary. Znam nawet sympatycznych wariatów, którzy dysponują takim tekstem na każdą okazję (mają wiersz - jak kazanie - na każdy dzień). Taki kalendarzyk dla opornych (światu). Ma to swoje - ma się rozumieć - minusy. Jednym z nich jest trafienie na “porównanie nie do zażegnania” - strzał (w wierszu), który sprawi, że już do końca życia dana rzecz będzie nam się z przywołaną w porównaniu kojarzyć. Trudno wypaść z takiego toku, toru myślenia, w którym nam ciepło-wilgotno-i-pachnie. Czy porównanie takie może się zatem stać przesądem? Uwierającym stereotypem myślowym? Czymś jakoś nas ograniczającym? Nalepką na małym fragmencie rzeczywistości? E, nie - myslę sobie. To raczej naddatek, bonus, Dark Whisky towarzysząca danemu wspomnieniu, przedmiotowi, zjawisku. Na ile sposobów można opisać moment, kiedy słońce wychodzi znienacka w środku opuchniętego wtorku i zapala czyjeś zielone oczy, a my mamy okazję widzieć to zupełnie za darmo? Można by się tak bawić w nieskończoność. Dzisiaj wpadła mi w ręce dawno niewidziana antologia poezji amerykańskiej, powołana na świat przez Piotra Sommera. Fajne są takie spotkania po latach - ta sama radocha, kupa frajdy (i znów darmo). I tam wiersz Charlesa Reznikoffa z porównaniem nie do zażegnania (puenta na ten dzień), którego postanowiłam się nauczyć na pamięć: [W ten zadymiony poranek zimowy]. A idzie to tak:

W ten zadymiony poranek zimowy -
nie gardź zielonym klejnotem błyszczącym wśród gałązek
gdyż jest to światło skrzyżowania.

dzień śmierci Michaela Jacksona

2009/06/26, piątek

i nagle deszcz bryzga farbą,
jak Jackson Pollock i dzielnia wygląda
jak świeżo wyprana. Rano
jesteśmy tak słodko w proszku,
kiedy rozrzucamy wokół gazety
i od razu ulegamy złudzeniom. Bo złudzenia
są najpyszniejsze, rzekłbyś ¬– za darmo.
Nasza miłość trwa krótko, kilka sekund,
tyle co pamięć złotej rybki. I tak jest
dobrze. Jest sierpień, mam urodziny
będziemy dmuchać złote balony w piwnicy.
Z głośników sączy się ambient.
Ty się nie zmienisz, za długo byłeś sobą.
A jednak jesteśmy szczęśliwi –
bez kompa przy duszy, spóźnieni
w pierwszy dzień lata, dzień śmierci
Michaela Jacksona.

o smutku robienia w literach

2009/06/17, środa

Nieźle zachowane, jeszcze z nadziejami, ale już bez złudzeń. Z jawną wiedzą na temat wad i zalet, którymi możemy uczcić kogoś, kto akurat się chciałby uwikłać. Jesteśmy takie mądre i pewne swego, kiedy wybieramy zieloną herbatę – może nawet szczęśliwe, a w każdym razie na swoim miejscu, przeglądając katalog wydawnictwa W.A.B. lipiec-grudzień, doceniając, że nie musimy tłumaczyć współwięźniarkom, co jest śmiesznego w nowej okładce „Lampy” i czemu się zdezaktualizowała. Ale było coś smutnego, martwego w zimnym sushi i różu lakieru na idealnych paznokciach Agnieszki. Gadamy właśnie o smutku robienia w literach. O samotnych wieczorach i melancholii szpinaku pochłanianego wprost z garnka. O melancholii maleńkich pieniędzy, i o tym, jak bardzo chciałybyśmy mieć wannę.
- Ja też nie mam wanny – zawodzę boleśnie, ze łzami w oczach, bo chętnie poddałam się dekadentyzmowi sushi. Dziewczyny patrzą na mnie z litością i zrozumieniem, solidaryzując się całkowicie.
- Zaraz, zaraz – orientuję się. – Przecież ja mam wannę!
No i proszę, mit upadł. Koniec smutku robienia w literach, koniec pisarskiego mrocznego sznytu i szpanu: mam wannę. Co za pech, a byłam tak blisko.