Słuchaj, miałam kapitalny seks

2010/02/8, poniedziałek

Na przykład uroczy przymiotnik „kapitalny”: wyglądasz dzisiaj kapitalnie, kapitalne pierożki, kapitalny film dzisiaj widziałem, no kapitalna pogoda! Słuchaj, miałam kapitalny seks, kapitalną książkę czytałem, kapitalne zdanie zbudowałeś stary, no kapitalny najwyraźniej z ciebie gość! Trudno wyrzec się słowa, która się zadomowiło w naszym gościnnym języku, które przecież obdarzyliśmy dozą ciepła, które mamy we krwi. Można oczywiście poddać się zgubnemu nałogowi, pofolgować sobie z kretesem. Ale można też walczyć. Trzeba tedy splunąć trzy razy za lewe ramię, obrócić się w kółko i powiedzieć „słowa kapitalny używa w sytuacji erotycznej sąsiad spod dwójki, ten buc”. Lub liczyć na to, że słowo samo się zmęczy i ustąpi miejsca cudownemu słowu „ogólnie” – i to będzie jak Nowy Rok.

Czujecie Państwo, że śmieci językowe zalegają wam pod językiem? Jak się pchają na początek zdania? Jak pragną stać się wypełniaczem, watą, amalgamatem wypowiedzi? Jak merdają ogonkami i aż miauczą, żeby je wybrać? Czasem traktujemy je jak przecinki, z siarczystym, ekspresyjnym, wyjątkowej urody polskim słowem „kurwa” na czele. Innym razem dają fory, pozwalają się rozpędzić, zebrać myśli, krótko mówiąc – dają nam czas, jak papieros: można czymś zająć ręce, pogrzebać w pudełku, upuścić zapałkę. Czasem wydaje się, że nam dodają prestiżu: szczególnie „jakby” albo „rozumiem, że” - brzmią uniwersytecko, wręcz intelektualnie i na pewno są oprawione w szary papier, a na grzbietach mają profesorskie togi. Potrafią brzmieć protekcjonalnie, a nawet niegrzecznie, ale nie są przecież szczególnie napastliwe, w każdym razie udają neutralność.

Śmieć językowy jest podstępny jak agent Smith w „Matrixie”: udaje przyjaciela, ogólną gotowość, nagle się staje poręczny, wyjątkowo – wygodny i za chwilę już pasożytuje na naszym zdaniu, zakrada się i przypuszcza atak. Nagle się staje natręctwem, nerwicowym odruchem, słowem-wytrychem (bo przecież nie kluczem). I zdarza się, że to ono (słowo) zaczyna nam porządkować zdanie, że można każdą wypowiedź tak złożyć, żeby się w niej miejsce dla słowa-kruczka znalazło. Rozumiem, że ogólnie, prawda, jakby, oraz także na przykład, kurwa jego mać, ponieważ, permanentnie generowane fuck, no raczej oraz gdyż.

się kocha, się roni

2010/02/4, czwartek

Mówi, że pisze, bo nie wie. Jak. Pisać. Żeby się  rozliczyć z widmami. Dosyć to u niego dosłowne. W jego powieściach widma żyją na tych samych prawach, co ludzie. Mówi, że pisze o śmierci, bo nie wie. Czym jest. Śmierć. Anioł u niego ginie w pierwszej scenie opowiadania z nowej książki „Nadchodzi”. Duży brodacz o twarzy mnicha (skąd skojarzenie z Wojtkiem Bonowiczem? Wojtku, przepraszam). Ciało nie dematerializuje się cudownie, nie idzie od anioła żaden nieziemski zapach („Mnie też psują się zęby” – skąd skojarzenie z „Niebieskim” Kieślowskiego? Panie Krzysztofie, przepraszam!). Trzeba je taszczyć, krwawi, psuje się. Trzeba się go „pozbyć”. Skrzydło trudno upakować do auta, taki anioł – jako ciało – dość jest nieporęczny. Oczywiście w lesie gubią drogę, jest strach, dzikie psy skupiają się wokół nich jak owocówki nad malinowym chruśniakiem. Robi się dość niesamowicie.

Ale już w innym opowiadaniu tej księgi nie mamy pewności (a po co nam pewność?), że to świat, którym rządzi reguła baśni. Bo może Łukasz Orbitowski pokazuje nam, metaforycznie rzecz ujmując, dojrzewanie uczuć macierzyńskich bohaterki. A że ta znajduje wyłom w rzeczywistości i jasny pokój, w którym zburzono czas, i jest dziecko, którego w „normalnej” rzeczywistości (jeszcze) nie urodziła? W pokoju dziecko się kocha. W rzeczywistości – roni.

Zaraz państwo powiedzą – znamy ten myk, znamy ten horror show. A jednak jest coś niesamowitego w opowiadaniach Orbitowskiego. Sądzę, że to pewna kameralność, oszczędność środków i skupienie na kilku bohaterach, których się prowadzi „chicho i powoli”. Jakby nas wpuszczono za kurtynę i pozwolono podglądać. Że to, co widzimy, nie zawsze nam się musi podobać? Taka jest cena wiedzy, powiedziałby jeden z bohaterów – biblijna.

Smutek peronów, gdy mróz dupę ściska

2010/02/2, wtorek

Zdjęcia do programu odbywają się w Ożarowie, w potężnej hurtowni Olesiejuka. A ponieważ książki ciągną się nie tylko metrami pod never-ending-sufit, ale także leżą wszędzie, tworząc tuneliki, labirynty, zaskakujące (pardon) ustępy i istne pieczary – człowiek chcąc nie chcąc sięgnie przechodząc: a to po poradnik seksualny, a to wielką epicką powieść dziewiętnastowieczną. I nawet Ci, którzy powtarzają czupurne & prowokacyjne „Ja tam przeczytałem jedną książkę w życiu i była to książka kucharska” – wymiękają, przeglądając w amoku, co im wpadnie w ręce. Otóż wczoraj wchodząc (relatywnie) rano do hurtowni ujrzałam pięciu panów z ekipy programu pogrążonych w lekturze. Jaki pokrzepiający obrazek. Po całodziennych bajaniach na temat książek (są ludzie, których to autentycznie cieszy) i wsunięciu jakiegoś hinduskiego cudu kulinarnego w przelocie – wylądowałam na dworcu PKP Warszawa Centralna, który pewien poeta nazywa Betonowym Hadesem. Uzbrojona w hasło, że chaos też może być piękny, uzbrojona w herbatę, czapkę i wszystko, co na dworcu w Europie Środkowej może okazać się zbawienne – ruszyłam do konfrontacji w brutalną rzeczywistością (prawa jest taka, że nie spodziewałam się żadnych przestojów, wyłomów w planach, a już na pewno ogólnoświatowej awarii wszystkiego). Ja i trzy wielkie torby książek z godnością znieśliśmy infosa o piętnastominutowym poślizgu, z nonszalancją znieśliśmy infosa o półgodzinnym poślizgu, z bohaterstwem znieśliśmy infosa o czterdziestominutowym poślizgu. Zawsze to można obrócić w żart lub przekuć w korzyść pod tytułem „wnikliwa obserwacja żywej tkanki społecznej”, „poetyka PKP” lub „smutek peronów, gdy mróz dupę ściska”. Natomiast, kiedy pociąg zwiększył opóźnienie do stu dwudziestu minut, pani spikerka (w stanie jakby entropii, apatii lub anemii) odparła, że szlag trafił elektronikę i nie należy ufać temu, co się na tablicach wyświetla (jacyś szatani są tam czynni?) – wymiękłam. Dobrze, że się człowiek może ogrzać własnym telefonem, jeszcze jak mu miłość w okienku świeci, zamiast “rzucę cię” lub “kup, kochanie w Carrefourze”. Daliśmy radę. Otóż wszyscy pasażerowie się schronili w księgarni (książki! jaki cudowny laitmotiv!) i nuże dyskutować na temat tytułów: półprzytomni! Nocą! Dalejże – o przekładach, poezji, kondycji polskiej prozy. Państwo myślą, że mi (do reszty) odbiło? A to prawda (najczystsza). Kiedy pociąg nadjechał, Ci, którzy wytrwali, zaczęli klaskać. Rozmowy o książkach przeniosły się do wagonów, do Warsa. Ludzie zaglądali do książek współpasażerów i pomyślałam, że życie bywa może „dziurawe”, ale robi też czasem „niezłe jaja”. Nie umrę na smutek zwrotnic! Nie umrę na PKP!

O tym, co najważniejsze

2010/01/26, wtorek

NIE RATOWAĆ
“Nie mogę już a b s o l u t n i e… przebacz mi moją straszną zbrodnię… chciałem ciągnąć agonię, już absolutnie niemożliwe. To i tak nie do uniknięcia… Przebacz, błagam, nie rozpaczaj. Myśl, że skończyła się moja męczarnia, nawet Ty nie znałaś jej głębi całej. Kochana, żyj. Dobranoc, moje światło, dobranoc, moja kochana, dobranoc, Olu”.

Tak zaczyna się (i kończy) pożegnalny list Aleksandra Wata do żony Oli. List, który rozpoczyna (dokonany przez Barbarę Toruńczyk) wybór korespondencji Oli Watowej z Czesławem Miłoszem (Zeszyty Literackie 2009).

Milan Kundera w swojej nowej książce „Spotkanie” cytuje Celine’a, który przywołując śmierć suki pisze: “Widziałem wiele agonii… tu… tam… wszędzie… Ale nigdzie nie były one tak piękne, tak dyskretne… wierne… Co szkodzi agoniom ludzi, to zbyt głośne ho ho ho… Człowiek jest jednak wciąż na scenie… nawet najprostszy”. - Któż nie zna makabrycznej komedii sławetnych „ostatnich słów” wypowiedzianych na łożu śmierci?” - pyta Kundera. No właśnie, nawet rzężąc, człowiek jest wciąż na scenie.

NIE RATOWAĆ. To wystarczy. Wszystko jasne.

Ale „Listy o tym, co najważniejsze” to nie jest książka o umieraniu, chociaż śmierć nieustannie nam podczas lektury towarzyszy. Ile chcenia, życia w tym ubieganiu się o pisarską sprawiedliwość, o wypełnienie woli tekstu. W listach mowa bowiem o czułej opiece – edytorskiej, merytorycznej – nad spuścizną Wata. Także tą, która w czasie ostatnich postępów choroby zapisana została na magnetofonowych taśmach.

W monotematycznej korespondencji widać nie tylko determinację Oli Watowej w walce o teksty – to obsesja, którą Miłosz stara się rozproszyć, wtrącając tu i ówdzie wiadomości o wspólnych przyjaciołach, ale ona pisze:

“Kochany, drogi Czesławie – podaję Ci te jego słowa ostatnie ku Twojej serdecznej o Nim pamięci, a wiedząc, że piszesz o Nim – myśl, w jakim cierpieniu tworzył i jak musiał okrutnie cierpieć, żeby zdecydować się na ten gest świadomego rozstania ze mną, z synem i z poezją.
Praca zarejestrowana na magnetofonie, której Ty byłeś „idealnym słuchaczem”, n i e m o ż e, n i e p o w i n n a zginąć. To teraz cel mojego życia”.

Otóż i wyjaśnienie zagadki tytułu.

Nie znam się na poezji

2010/01/20, środa

W ostatnim numerze „Znaku” pojawiła się interesująca dyskusja na temat rzekomego bankructwa humanistyki (lub odwiecznych wieści o jej rychłej śmierci). Temat obracało kilku znakomitych profesorów: Henryk Markiewicz, Ryszard Nycz i Marian Stala. Autorzy wywiadu zadali pytanie o różnicę między czytaniem „profesjonalnym” i „amatorskim”. I drugie, zaskakujące w swej prostocie - „po co właściwie się czyta”?

Marian Stala powiada, że czytanie amatorskie jest intuicyjne i na ogół bezinteresowne. Markiewicz zaś - że amator czyta dla przyjemności, profesjonalista zaś - przede wszystkim dla celów poznawczych. Sadzę, że nawet jak czytamy „profesjonalnie” (cokolwiek to znaczy), przyjemność jest, za przeproszeniem, po naszej stronie. Kto bowiem wybiera „zawód” humanisty dla pieniędzy? Kto, proszę państwa, robi to z żądzy władzy? Dla kariery? Mając w perspektywie szybkie auta i dziewczyny? Na litość boga. Zatem oddzielanie przyjemności od pracy na platformie lektury jest jak oddzielanie formy od treści (możemy bawić się tak w nieskończoność).

Słuszną za to wydała mi się uwaga Henryka Markiewicza: „W rzeczywistości spotykamy często wrażliwych amatorów i tępych profesjonalistów”. Jak bowiem opisać przygody panów, z których jeden - bez krytycznoliterackich narzędzi - czyta pełną gębą, kuma intencje, interpretuje z rozmachem, fantazją i fajnie, zaś „naukawiec” przykłada linijki, cyrkle, szablony, tabelki i nic mu, za przeproszeniem, nie wychodzi? Nie mogę się oprzeć (przepraszam) i nie porównać humanistów do artystów (przepraszam). Państwo wybaczą łatwą analogię, ale czy dyplomowany malarz po Akademii Sztuk Pięknych ma mistyczną legitymację do objawień? Dlatego przykro mi, kiedy „humaniści” przyjmują protekcjonalny ton wobec czytaczy „amatorów”. Częściej powinni się od nich uczyć - żywej radochy z lektury, świeżości spojrzenia, przeżywania książki, zachwytu. Żal dupę ściska, kiedy taki ktoś zadziera nosa i deprymuje „czytacza”, który składa gębę w ciup i zanim zamilknie - szepnie: „Nie znam się na poezji”. I dzięki bogu! Tutaj, prze pana, każdy się myli. Sam poeta najczęściej się myli swoim własnym wierszem - czy nie tak? To taki mój mały postulat w ramach łamania poetyckich kodów: wcale nie trzeba ich łamać, bo się ich nie da „znać”.

porównania nie do zażegnania

2010/01/17, niedziela

Czasem jeden płonny obrazek może pięknie spuentować nam dzień. Żadna nowość, świetnie wiedzą to reporterzy, ale także poeci, którzy potrafią zamknąć w zdaniu całą miłość (cudzą lub własną), albo chociaż smak wina, które nam się widzi jakimś czary mary. Znam nawet sympatycznych wariatów, którzy dysponują takim tekstem na każdą okazję (mają wiersz - jak kazanie - na każdy dzień). Taki kalendarzyk dla opornych (światu). Ma to swoje - ma się rozumieć - minusy. Jednym z nich jest trafienie na “porównanie nie do zażegnania” - strzał (w wierszu), który sprawi, że już do końca życia dana rzecz będzie nam się z przywołaną w porównaniu kojarzyć. Trudno wypaść z takiego toku, toru myślenia, w którym nam ciepło-wilgotno-i-pachnie. Czy porównanie takie może się zatem stać przesądem? Uwierającym stereotypem myślowym? Czymś jakoś nas ograniczającym? Nalepką na małym fragmencie rzeczywistości? E, nie - myslę sobie. To raczej naddatek, bonus, Dark Whisky towarzysząca danemu wspomnieniu, przedmiotowi, zjawisku. Na ile sposobów można opisać moment, kiedy słońce wychodzi znienacka w środku opuchniętego wtorku i zapala czyjeś zielone oczy, a my mamy okazję widzieć to zupełnie za darmo? Można by się tak bawić w nieskończoność. Dzisiaj wpadła mi w ręce dawno niewidziana antologia poezji amerykańskiej, powołana na świat przez Piotra Sommera. Fajne są takie spotkania po latach - ta sama radocha, kupa frajdy (i znów darmo). I tam wiersz Charlesa Reznikoffa z porównaniem nie do zażegnania (puenta na ten dzień), którego postanowiłam się nauczyć na pamięć: [W ten zadymiony poranek zimowy]. A idzie to tak:

W ten zadymiony poranek zimowy -
nie gardź zielonym klejnotem błyszczącym wśród gałązek
gdyż jest to światło skrzyżowania.

dzień śmierci Michaela Jacksona

2009/06/26, piątek

i nagle deszcz bryzga farbą,
jak Jackson Pollock i dzielnia wygląda
jak świeżo wyprana. Rano
jesteśmy tak słodko w proszku,
kiedy rozrzucamy wokół gazety
i od razu ulegamy złudzeniom. Bo złudzenia
są najpyszniejsze, rzekłbyś ¬– za darmo.
Nasza miłość trwa krótko, kilka sekund,
tyle co pamięć złotej rybki. I tak jest
dobrze. Jest sierpień, mam urodziny
będziemy dmuchać złote balony w piwnicy.
Z głośników sączy się ambient.
Ty się nie zmienisz, za długo byłeś sobą.
A jednak jesteśmy szczęśliwi –
bez kompa przy duszy, spóźnieni
w pierwszy dzień lata, dzień śmierci
Michaela Jacksona.

o smutku robienia w literach

2009/06/17, środa

Nieźle zachowane, jeszcze z nadziejami, ale już bez złudzeń. Z jawną wiedzą na temat wad i zalet, którymi możemy uczcić kogoś, kto akurat się chciałby uwikłać. Jesteśmy takie mądre i pewne swego, kiedy wybieramy zieloną herbatę – może nawet szczęśliwe, a w każdym razie na swoim miejscu, przeglądając katalog wydawnictwa W.A.B. lipiec-grudzień, doceniając, że nie musimy tłumaczyć współwięźniarkom, co jest śmiesznego w nowej okładce „Lampy” i czemu się zdezaktualizowała. Ale było coś smutnego, martwego w zimnym sushi i różu lakieru na idealnych paznokciach Agnieszki. Gadamy właśnie o smutku robienia w literach. O samotnych wieczorach i melancholii szpinaku pochłanianego wprost z garnka. O melancholii maleńkich pieniędzy, i o tym, jak bardzo chciałybyśmy mieć wannę.
- Ja też nie mam wanny – zawodzę boleśnie, ze łzami w oczach, bo chętnie poddałam się dekadentyzmowi sushi. Dziewczyny patrzą na mnie z litością i zrozumieniem, solidaryzując się całkowicie.
- Zaraz, zaraz – orientuję się. – Przecież ja mam wannę!
No i proszę, mit upadł. Koniec smutku robienia w literach, koniec pisarskiego mrocznego sznytu i szpanu: mam wannę. Co za pech, a byłam tak blisko.

Być Carlą Bruni i Marią Janion

2009/06/16, wtorek

Kraj aż huczy od opowieści o tym, co zrobiła pisarka (od teraz) i krytyczka (od zawsze) Magdalena Miecznicka na swoim autorskim spotkaniu prowadzącemu je Darkowi Nowackiemu – krytykowi (od zawsze). A od razu zacznijmy, że nie zrobiła mu niczego miłego. Nad Międzynarodową Konferencją Tłumaczy w Krakowie wręcz unosił się duch tej sensacyjnej historii. Jak w głuchym telefonie powtarzali ją sobie krytycy, tłumacze, pisarze.

Opowieść zaczęła się mocno, dobrze i już kilka lat temu – od serii krytycznych tekstów, dotyczących głównonurtowej literatury, które publikowała – głównie w „Dzienniku” Magdalena Miecznika. Tekstów potępiających książki niektórych cenionych przez krytykę i establishment autorów, takich jak Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, czy Wisława Szymborska. Za krytyczny tekst na temat tomiku tej ostatniej zemścił się zresztą sromotnie Jerzy Pilch w swoim bojowym felietonie. Przez większość wydawców i pisarzy odsądzona od czci i wiary i traktowana niepoważnie, jako zemsta „pisowskiego dziennika” nad „lewicującymi pisarzami”. Inni mówili, że to dobrze, że sieje ferment, spuszcza powietrze z balonów, rozsadza polityczną/literacką poprawność. Że może to pomóc w zachwianiu opisywanej przez Dorotę Masłowską jednostronnej tolerancji.

Cóż z tego, kontrowersyjni krytycy zdarzali się, ba, wręcz szczycili się swoją bezkompromisowością i czynili z niej swój mały sztandar, lub budowali na niej karierę. Tu jednak zdarzyła się rzecz niespodziewana – Miecznicka odważyła się napisać i opublikować współczesną powieść obyczajową! Do tego pod sugerującym tożsamościowe zbliżenia między bohaterką i autorką tytułem „Cudowne życie Magdy M”. Czy mogą się spodziewać, że będzie potraktowana surowo? No raczej.

Pikanterii całej sprawie dodaje sesja zdjęciowa i reklamowy film wyprodukowany przez Wydawnictwo Literackie. Na zdjęciach Miecznicka jest w krótkiej, mocno wydekoltowanej sukience, jaskrawo kolorowej, w białych, przykuwających uwagę butach na wysokim obcasie. Leży na kanapie lub spaceruje po ogrodzie z parasolką.

Nawet recenzja pióra Dariusza Nowackiego „Gazecie Wyborczej” okazała się kontrowersyjna. Część odbiorców twierdziła, że to recenzja dyplomatyczna, ale złośliwa, inni widzieli w niej pozytywny, ciepły tekst, w którym krytyk opisał Miecznicką jako „inteligentną” i „świadomą literacko”.
Niedawno ukazała się w Polsce kolejna książka Agnieszki Drotkiewicz, która debiutowała niegdyś młodzieńczo „Londyn Paris Dachu”, by teraz dać nam powieść interesującą i dojrzałą. Znakomicie sportretowała tak silnie obecny we współczesnym świecie syndrom „try harder” – prowadzącą do samotności, nerwic i anoreksji tresurę własnych ciał i frustrującą, nienasyconą ambicję. Szczególnym odbiorcą powieści będą kobiety, usiłujące stosować się do niemożliwych ideałów z prasy kobiecej. Te, które chciałyby być jednocześnie Carlą Bruni i Marią Janion, mieć posprzątane mieszkanie, odtłuszczony jogurt w lodówce, a między siłownią i kursem hebrajskiego robić doktorat ze współczesnej humanistyki. Da się zrobić: „Gdybym tylko więcej pracowała, mniej spała i mniej jadła!” – mówi Karolina Pogorska. - „Należy wykorzystać każdą minutę” – to wszystko. A co należy umieścić po stronie strat? Rodzinę. Szczęście. Może nawet życie. Bo kiedy bohaterka mówi „Ja jednak żyję, tak można to nazwać” – to dostrzegamy całą ambiwalencję tego życia, towarzyszący mu ból i samotność.

Chociaż w zupełnie inny sposób, obie powieści – Miecznickiej i Drotkiewicz - opisują niewesołą sytuację kobiety we współczesnym świecie. Obie używają do tego narzędzi prozy obyczajowej, obie też prowadzą narrację z drugiej osobie: moje biedactwo, to się musiało tak skończyć. Niezależnie zatem od gustów i upodobań, cieszę się na obie te książki, widząc w nich jakąś (cenną) diagnozę społeczną. W tym kontekście różową sukienkę i ponętną parasolkę z sesji Miecznickiej interpretuję jako ironiczny teatrzyk variete.

Żeby nikt się tu nie spotykał

2009/06/6, sobota

No i proszę, warto było się zreflektować i pójść w Krakowie do „Psa” mimo niżów atmosferycznych, mimo zadań nieodrobionych. Po to, by otrzymać od właściciela klubu „Piękny Pies” – „Wyznania właściciela klubu Piękny Pies” - księgę z rysunkami stałych bywalców: Świetlickiego Marcina, Zielonej Pauliny i Sasnala Wilhelma na przykład. Książkę wydało EMG – kultowe wydawnictwo Irka Grina. To kapitalna historia o namiętnościach, drobnych słabościach i urokliwych przygodach kilku dobrych duchów.

Zaczyna się jak klasyk gatunku (mnie się wyświetla Jerofiejew, Pilch, Chandler):

„Przestałem pić. Piłem trzydzieści sześć dni. Raczej nocy. W dzień spałem, pociłem się pod kołdrą, nie było łatwo. Teraz idę, słońce świeci, lubię jak słońce świeci. Próbuję wszystko poskładać, bo niewiele pamiętam. Bawię się myślą, że jestem alkoholikiem. Zajmuje nie to tylko na chwilę, bo nic z tego nie wynika. Piję, bo taką mam pracę. Niektórzy mi zazdroszczą, bo też by chcieli pić w pracy”.

I wszystko jest - wszystkie ideały i wszystkie wartości:

Wolność:
„Idę przez Rynek, zastanawiam się, co dzisiaj zamówię. Możliwości mam nieograniczone”.

Altruizm:
„- Postawisz mi małe piwo? – pyta Basia.
- Pewnie, że ci postawię.
- Wiesz…- patrzy na mnie z uśmiechem – małe się nie opłaca”.

Patriotyzm:
„Pazur, jeden z barmanów, nienawidzi ich. Czasami wyciąga Angola z grupy i zwabia go na zaplecze. Tam go zabija, trupa upycha za koszem na śmieci i tam go zostawia”.

Miłość:
„Wypiłem kilka szklaneczek whisky i byliśmy sobie przeznaczeni”.

Filozofia
„Samobójstwo nie jest pomysłem na życie – ze smutkiem zauważył Kiwi i wypiliśmy za duszę Darka”.

Czarno na białym widzą państwo, że klub „Pies”, jako dobro narodowe, objęty powinien być ochroną – zwłaszcza przed sąsiadami:

„Gramy już tak cicho, że nawet da się rozmawiać. Kiedy okazało się, że przeszkadzają im rowery na podwórku, postawiliśmy specjalny stojak. Ale sąsiadom naprawdę chodzi o to, abyśmy przestali istnieć. Żeby już nikt się tu nie spotykał, żeby nikt nikomu nie wyznawał miłości, żeby już nikt tu nie dyskutował i polityce, nie obalał rządów, żeby nikt nie tańczył, nie śpiewał, nie podrywał chłopców albo dziewcząt przy barze, nie przytulał się w tańcu, nie płakał nad ludzkim losem, nie obalał literackich mitów, nie grał na trąbce, żeby Poeta Ogórek już tu nie przychodził, żeby zapanował martwy spokój, żeby nikt nie oddychał, żeby wreszcie ten Piękny Pies zamienił się w zakład kosmetyczny zamykany o dziewiętnastej”.