dzień śmierci Michaela Jacksona

2009/06/26, piątek

i nagle deszcz bryzga farbą,
jak Jackson Pollock i dzielnia wygląda
jak świeżo wyprana. Rano
jesteśmy tak słodko w proszku,
kiedy rozrzucamy wokół gazety
i od razu ulegamy złudzeniom. Bo złudzenia
są najpyszniejsze, rzekłbyś ¬– za darmo.
Nasza miłość trwa krótko, kilka sekund,
tyle co pamięć złotej rybki. I tak jest
dobrze. Jest sierpień, mam urodziny
będziemy dmuchać złote balony w piwnicy.
Z głośników sączy się ambient.
Ty się nie zmienisz, za długo byłeś sobą.
A jednak jesteśmy szczęśliwi –
bez kompa przy duszy, spóźnieni
w pierwszy dzień lata, dzień śmierci
Michaela Jacksona.

o smutku robienia w literach

2009/06/17, środa

Nieźle zachowane, jeszcze z nadziejami, ale już bez złudzeń. Z jawną wiedzą na temat wad i zalet, którymi możemy uczcić kogoś, kto akurat się chciałby uwikłać. Jesteśmy takie mądre i pewne swego, kiedy wybieramy zieloną herbatę – może nawet szczęśliwe, a w każdym razie na swoim miejscu, przeglądając katalog wydawnictwa W.A.B. lipiec-grudzień, doceniając, że nie musimy tłumaczyć współwięźniarkom, co jest śmiesznego w nowej okładce „Lampy” i czemu się zdezaktualizowała. Ale było coś smutnego, martwego w zimnym sushi i różu lakieru na idealnych paznokciach Agnieszki. Gadamy właśnie o smutku robienia w literach. O samotnych wieczorach i melancholii szpinaku pochłanianego wprost z garnka. O melancholii maleńkich pieniędzy, i o tym, jak bardzo chciałybyśmy mieć wannę.
- Ja też nie mam wanny – zawodzę boleśnie, ze łzami w oczach, bo chętnie poddałam się dekadentyzmowi sushi. Dziewczyny patrzą na mnie z litością i zrozumieniem, solidaryzując się całkowicie.
- Zaraz, zaraz – orientuję się. – Przecież ja mam wannę!
No i proszę, mit upadł. Koniec smutku robienia w literach, koniec pisarskiego mrocznego sznytu i szpanu: mam wannę. Co za pech, a byłam tak blisko.

Być Carlą Bruni i Marią Janion

2009/06/16, wtorek

Kraj aż huczy od opowieści o tym, co zrobiła pisarka (od teraz) i krytyczka (od zawsze) Magdalena Miecznicka na swoim autorskim spotkaniu prowadzącemu je Darkowi Nowackiemu – krytykowi (od zawsze). A od razu zacznijmy, że nie zrobiła mu niczego miłego. Nad Międzynarodową Konferencją Tłumaczy w Krakowie wręcz unosił się duch tej sensacyjnej historii. Jak w głuchym telefonie powtarzali ją sobie krytycy, tłumacze, pisarze.

Opowieść zaczęła się mocno, dobrze i już kilka lat temu – od serii krytycznych tekstów, dotyczących głównonurtowej literatury, które publikowała – głównie w „Dzienniku” Magdalena Miecznika. Tekstów potępiających książki niektórych cenionych przez krytykę i establishment autorów, takich jak Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, czy Wisława Szymborska. Za krytyczny tekst na temat tomiku tej ostatniej zemścił się zresztą sromotnie Jerzy Pilch w swoim bojowym felietonie. Przez większość wydawców i pisarzy odsądzona od czci i wiary i traktowana niepoważnie, jako zemsta „pisowskiego dziennika” nad „lewicującymi pisarzami”. Inni mówili, że to dobrze, że sieje ferment, spuszcza powietrze z balonów, rozsadza polityczną/literacką poprawność. Że może to pomóc w zachwianiu opisywanej przez Dorotę Masłowską jednostronnej tolerancji.

Cóż z tego, kontrowersyjni krytycy zdarzali się, ba, wręcz szczycili się swoją bezkompromisowością i czynili z niej swój mały sztandar, lub budowali na niej karierę. Tu jednak zdarzyła się rzecz niespodziewana – Miecznicka odważyła się napisać i opublikować współczesną powieść obyczajową! Do tego pod sugerującym tożsamościowe zbliżenia między bohaterką i autorką tytułem „Cudowne życie Magdy M”. Czy mogą się spodziewać, że będzie potraktowana surowo? No raczej.

Pikanterii całej sprawie dodaje sesja zdjęciowa i reklamowy film wyprodukowany przez Wydawnictwo Literackie. Na zdjęciach Miecznicka jest w krótkiej, mocno wydekoltowanej sukience, jaskrawo kolorowej, w białych, przykuwających uwagę butach na wysokim obcasie. Leży na kanapie lub spaceruje po ogrodzie z parasolką.

Nawet recenzja pióra Dariusza Nowackiego „Gazecie Wyborczej” okazała się kontrowersyjna. Część odbiorców twierdziła, że to recenzja dyplomatyczna, ale złośliwa, inni widzieli w niej pozytywny, ciepły tekst, w którym krytyk opisał Miecznicką jako „inteligentną” i „świadomą literacko”.
Niedawno ukazała się w Polsce kolejna książka Agnieszki Drotkiewicz, która debiutowała niegdyś młodzieńczo „Londyn Paris Dachu”, by teraz dać nam powieść interesującą i dojrzałą. Znakomicie sportretowała tak silnie obecny we współczesnym świecie syndrom „try harder” – prowadzącą do samotności, nerwic i anoreksji tresurę własnych ciał i frustrującą, nienasyconą ambicję. Szczególnym odbiorcą powieści będą kobiety, usiłujące stosować się do niemożliwych ideałów z prasy kobiecej. Te, które chciałyby być jednocześnie Carlą Bruni i Marią Janion, mieć posprzątane mieszkanie, odtłuszczony jogurt w lodówce, a między siłownią i kursem hebrajskiego robić doktorat ze współczesnej humanistyki. Da się zrobić: „Gdybym tylko więcej pracowała, mniej spała i mniej jadła!” – mówi Karolina Pogorska. - „Należy wykorzystać każdą minutę” – to wszystko. A co należy umieścić po stronie strat? Rodzinę. Szczęście. Może nawet życie. Bo kiedy bohaterka mówi „Ja jednak żyję, tak można to nazwać” – to dostrzegamy całą ambiwalencję tego życia, towarzyszący mu ból i samotność.

Chociaż w zupełnie inny sposób, obie powieści – Miecznickiej i Drotkiewicz - opisują niewesołą sytuację kobiety we współczesnym świecie. Obie używają do tego narzędzi prozy obyczajowej, obie też prowadzą narrację z drugiej osobie: moje biedactwo, to się musiało tak skończyć. Niezależnie zatem od gustów i upodobań, cieszę się na obie te książki, widząc w nich jakąś (cenną) diagnozę społeczną. W tym kontekście różową sukienkę i ponętną parasolkę z sesji Miecznickiej interpretuję jako ironiczny teatrzyk variete.

Żeby nikt się tu nie spotykał

2009/06/6, sobota

No i proszę, warto było się zreflektować i pójść w Krakowie do „Psa” mimo niżów atmosferycznych, mimo zadań nieodrobionych. Po to, by otrzymać od właściciela klubu „Piękny Pies” – „Wyznania właściciela klubu Piękny Pies” - księgę z rysunkami stałych bywalców: Świetlickiego Marcina, Zielonej Pauliny i Sasnala Wilhelma na przykład. Książkę wydało EMG – kultowe wydawnictwo Irka Grina. To kapitalna historia o namiętnościach, drobnych słabościach i urokliwych przygodach kilku dobrych duchów.

Zaczyna się jak klasyk gatunku (mnie się wyświetla Jerofiejew, Pilch, Chandler):

„Przestałem pić. Piłem trzydzieści sześć dni. Raczej nocy. W dzień spałem, pociłem się pod kołdrą, nie było łatwo. Teraz idę, słońce świeci, lubię jak słońce świeci. Próbuję wszystko poskładać, bo niewiele pamiętam. Bawię się myślą, że jestem alkoholikiem. Zajmuje nie to tylko na chwilę, bo nic z tego nie wynika. Piję, bo taką mam pracę. Niektórzy mi zazdroszczą, bo też by chcieli pić w pracy”.

I wszystko jest - wszystkie ideały i wszystkie wartości:

Wolność:
„Idę przez Rynek, zastanawiam się, co dzisiaj zamówię. Możliwości mam nieograniczone”.

Altruizm:
„- Postawisz mi małe piwo? – pyta Basia.
- Pewnie, że ci postawię.
- Wiesz…- patrzy na mnie z uśmiechem – małe się nie opłaca”.

Patriotyzm:
„Pazur, jeden z barmanów, nienawidzi ich. Czasami wyciąga Angola z grupy i zwabia go na zaplecze. Tam go zabija, trupa upycha za koszem na śmieci i tam go zostawia”.

Miłość:
„Wypiłem kilka szklaneczek whisky i byliśmy sobie przeznaczeni”.

Filozofia
„Samobójstwo nie jest pomysłem na życie – ze smutkiem zauważył Kiwi i wypiliśmy za duszę Darka”.

Czarno na białym widzą państwo, że klub „Pies”, jako dobro narodowe, objęty powinien być ochroną – zwłaszcza przed sąsiadami:

„Gramy już tak cicho, że nawet da się rozmawiać. Kiedy okazało się, że przeszkadzają im rowery na podwórku, postawiliśmy specjalny stojak. Ale sąsiadom naprawdę chodzi o to, abyśmy przestali istnieć. Żeby już nikt się tu nie spotykał, żeby nikt nikomu nie wyznawał miłości, żeby już nikt tu nie dyskutował i polityce, nie obalał rządów, żeby nikt nie tańczył, nie śpiewał, nie podrywał chłopców albo dziewcząt przy barze, nie przytulał się w tańcu, nie płakał nad ludzkim losem, nie obalał literackich mitów, nie grał na trąbce, żeby Poeta Ogórek już tu nie przychodził, żeby zapanował martwy spokój, żeby nikt nie oddychał, żeby wreszcie ten Piękny Pies zamienił się w zakład kosmetyczny zamykany o dziewiętnastej”.

Poszło w Polskę

2009/05/20, środa

Człowiek się boi, że się ocknie w jakimś środowiskowym wierszu, robiąc coś wstydliwego: spadając ze stołka barowego, wypowiadając żenującą kwestię, całując się nie z tym z kim powinien. I nie ma ruchu. Przecież to nie życie, to literatura, i nawet poskarżyć się nie ma komu: się zostało bohaterem lirycznym i na wieki spoczęło w łonie sztuki, a to raczej chwała niż wiocha.

Pół biedy, jeśli tylko z okoliczności wynika, że B., która wieczoru dopełniła w klozecie to B.C. Wtedy wstydliwą dla B. wiedzę mają tylko wtajemniczeni. Czyt. uczestnicy na przykład literackiego festiwalu. Gorzej, jeśli pisarz projektuje wiersze, opowiadania z nazwiskami: wiersz poszedł w Polskę, przyjął miejsce w Bibliotece Narodowej, został zrecenzowany. Można jeszcze komuś w słuchawkę próbować zaprzeczać, zaprzeczać bez przekonania. Co jednak, kiedy autor publikuje listy albo dzienniki?

Oto w nowej „Twórczości” czytamy kapitalnie zresztą zrobioną „Prawdę” Adama Wiedemanna: „No bo czemu miałbym się nie pochwalić, że mam też pewne powodzenie u chłopców, co prawda nie aż takie jak u dziewczyn, w dziewczynach mógłbym przebierać jak w ulęgałkach, czego mi strasznie zazdrości Kuczok, zawsze jak idziemy do knajpy, Kuczok zaczyna podrywać jakąś dziewczynę, po czym siłą rzeczy ta dziewczyna zaczyna podrywać mnie, i potem, jak wychodzi do kibla, mówię: No Wojtek, czemu jej nie podrywasz? Na co Wojtek: Bo z tobą to tak zawsze”.

Już bezpieczniejsze są sny z nazwiskami. Występujący w nich człowiek jest z mety usprawiedliwiony: śnił się niechcąco.

A szósty smuteczek jest o tym

2009/05/18, poniedziałek

Zbliża się pierwszy czerwca. Mój stary przyjaciel, w podeszłym wieku, nieruchliwy, z widokiem na być może, dzwoni i pyta: są już? Ma na myśli te pozaziemskie istoty nagle rozjaśnione, uśmiechnięte pioniersko, jakby wyrosły razem z nowalijkami. Miejskie nowalijki. Są, są, staruszku, chciałbyś popatrzeć. Stary satyr. Są już? - myślę sobie. Zbliża się pierwszy czerwca – wysyp książek „dla dzieci”. Tylko wtedy chcą o nich mówić i pisać. Dzień matki: patelnia. Dzień babci: biovital. Dzień dziecka: recenzja. Gazeta nie kondom, się nie rozciągnie, mawia znajomy reporter. Otóż to. Ale żal selekcjonera jest większy niż smutek tropików. Na co dzień problem polega właśnie na etykiecie „dla dzieci” oraz że są to dla dzieci „książeczki”. Pociąga to za sobą wyłączenie z kręgu najbardziej prestiżowych nagród literackich i poważnych dyskusji. Oczywiście jest mnóstwo nagród dla autorów „dziecięcych”, a ponieważ ilustracja stoi tu zazwyczaj na równych prawach z tekstem – to nagrody także za działania plastyczne i edytorskie. Powracają zaśniedziałe problemy: kto ma o tym pisać: krytyk sztuki czy krytyk literatury? I zaśniedziałe smuteczki: że nie ma branżowych pism poświęconych literaturze „dla dzieci”. Choć jest zbawienny serwis bomba.pl i pismo „Ryms”, które z gazetki wydawcy przekształca się powoli w ciekawe pismo głęboko wchodzące w tematy. Jak to się teraz mówi – listki figowe.
Każda ciekawa plastycznie i literacko książka dla dzieci, o której nie uda mi się napisać przy okazji Dnia Dziecka będzie moim szóstym smuteczkiem, pardon: drzazgą w tyłku. Być może znów długo nie będę miała okazji, żeby sobie o nich publicznie popisać. Jak to się teraz mówi – oby do pierwszego.

Chcę mieć twoją osobowość

2009/05/15, piątek

To było dość niesamowite: kobieta, która zgodziła się zostać na czas warsztatów Olgą Tokarczuk, wywiązała się ze swojego zadania przerażająco dobrze. Proszę sobie wyobrazić: Łódź, tłum ludzi na sali. Rozmawiamy o tym, jak trudnym zadaniem jest prowadzenie spotkań autorskich, jeśli: pisarz jest mrukiem (bo nie ma obowiązku być wodzirejem), jeśli lokalny freak rujnuje nam koncepcję kilometrowymi pytaniami donikąd lub jeśli na spotkanie przychodzą dwie osoby (bibliotekarka i jej mąż).

Postanawiamy sfingować spotkanie: ktoś będzie Olgą Tokarczuk, z którą ja poprowadzę spotkanie, omawiając pułapki, błędy itd. Na Olgę zgłasza się kobieta w wieku Olgi. Siada na scenie, nalewam jej wody do szklanki i pytam: o wydawnictwo Ruta, które pisarka założyła kiedyś, by wydawać książki znakomite, a przegapione ze względów komercyjnych przez innych wydawców. O to, kim są „bieguni” i czy ona się czuje biegunem. O feminizm i tendencyjną krytykę. I dalej. A kobieta odpowiada bezbłędnie – to jest prawdopodobnie zna opinie Tokarczuk na te wszystkie tematy. Nie wiem – czytała wywiady, gmerała w sieci, namiętnie przychodziła na spotkania? Ale jest dziwnie, jest super i w pewnym momencie czuję, że to jednak jest niecodzienna historia i zaczynam się bać, że robimy tu coś złego: coś kradniemy może, albo nieładnie się bawimy. Hoho! Co by Olga Tokarczuk powiedziała!

Solarium Ciemne Ciałko

2009/05/14, czwartek

Henryk Grynberg promował jakiś czas temu we Wrocławiu swój tomik wierszy „Dowód osobisty”. Jak się okazało – była to także wycieczka sentymentalna, którą od lat chciał urzeczywistnić. Z czułością oglądał miasto, w którym pił i czytał w czasach studenckich. Uradował się jak mały chłopiec, podczas oglądania zjawiskowej baszty („To pisarze w Polsce kupują zabytki? Może ja też coś kupię?”). Kazał się nawet przy niej sfotografować i ogłosił, że spał kiedyś w tym samym łóżku, co Olga Tokarczuk. Obejrzawszy klasyki (Ostrów Tumski, Katedrę, Plac Dominikański) Grynberg rzekł: „No dobrze, a teraz chcę zobaczyć miejsce, gdzie przeżyłem romans mojego życia. Ta historia zaczyna się w Klubie Dziennikarza. Czy jest tu jeszcze Klub Dziennikarza? Chcę zobaczyć to miejsce”.

Grynberg z werwą ruszył w stronę Podwala. Klub, w którym w zeszłej epoce toczyły się intelektualne dysputy i gdzie żony dziennikarzy zawsze w końcu znajdowały swoich mężów (pod ladą) - zniknął. W jego miejsce powstał Dom Handlowy Podwale i biuro turystyczne. – „Tu ją poznałem” – westchnął sentymentalnie Grynberg. – „A teraz musimy odszukać pewien bar mleczny i mały hotel, do którego poszliśmy”. Pomyślałam: tam, gdzie czterdzieści lat temu stał hotel, musi być jakieś solarium „Ciemne Ciałko” albo chociaż dom pogrzebowy „Jasne Ciałko” albo Biedronka.

Okolice Dworca Głównego to teren niejednoznaczny, niegdyś nieco upiorny, teraz i tu przesunęło się centrum. Mieszkania zamieniły się w apartamenty, w dole porosły ekskluzywne sklepy. Weszliśmy w niewielką uliczkę – Stawową. Jest szyld! Zszarzały, wtopiony w liszajowaty mur, ale jest, świadczy o przeszłości, stanowi corpus delicti: to się nie śniło. Charyzmatyczny pisarz (siłownia trzy razu w tygodniu) ożywił się jeszcze bardziej i jął gruntownie penetrować bramy. Wreszcie znalazł tę odpowiednią i raptownie wtargnął do środka. A tam przestrzennie, przedwojennie, stróż za kontuarem, dzień dobry, dzień dobry. Jakby migawka ze starych dobrych. Znienacka Grynberg już na górze. – „Ale co tu państwo właściwie…” - zaczął strażnik, kiedy oprzytomniał. Z góry dobiegły entuzjastyczne okrzyki: - „Tu stała, z walizką. Zjawiskowa. Jasna. Na drugi dzień wyjeżdżała na tak zwane zawsze”. Krótkometrażowa historia. A pisarz nagle uspokojony, jakby dostał swoje i odzyskał fason.

Pokaż mi swoją książkę

2009/04/27, poniedziałek

- Słucham cię, ale cały czas rejestruję kolejne tagi, mojej uwadze nie umyka nic, żaden szczegół. Napisów typu „Żyd”, „WKS Śląsk” nie widzę w ogóle, natomiast mam włączony inny tryb, który sprawia, że słucham cię, a nawet SŁYSZĘ, co mówisz, ROZMAWIAM z tobą, a jednocześnie ściągam ze ścian wszystkie graffiti, symbole. – Sowa, widzisz? – pokazuje wyciągniętą ręką. – Uważaj, teraz zwariujesz, ponieważ zaczniesz ją widzieć wszędzie – jest ich bardzo dużo we Wrocławiu. Ludzie lubią sowę. To dlatego że lubią przedstawienia figuratywne, które odróżniają się jakoś od tagów. Czaszka jakiegoś zwierzęcia. Widziałem ją kiedyś w Krakowie, myślałem, że to epizod, ale jest, jest we Wrocławiu. Wściekle się mnoży.
Zatrzymał mnie pośrodku ulicy Więziennej. – Trochę gapią się na nas ludzie – pomyślałam. Jakieś dziecko płakało po włosku, para całowała się po angielsku. Zaraz będzie Rynek – teraz, wiosną – burzliwy tygiel, głośny pomruk. Wskazał jakiś symbol, dla mnie kompletnie nieczytelny. – Chłopcy z Poznania. A to poważna grupa. Zobacz, jaka w tym jest harmonia. Jak spokojnie pracował ręką. – Nic nie widzę, mówię. Dla mnie walka na bazgroły nie ma w sobie wiele piękna. Nie potrafię tego przeczytać, żadnej z liter. R – mówi podchodząc do muru i śledząc palcem pierwszy znak. W. B. K. W głowie wyświetlają mu się zasieki murów, pod tym symbolem widzi całą filmografię. – Zobacz, już po szybie – pokazuje mi na biało obryzganą witrynę indyjskiego sklepu. – Jak to, uważasz, że to nie w porządku, że oni malują? – dziwię się. Przecież to kocha. Przecież się tym ZAJMUJE. Przecież ma to na myśli. – Tagi, te wszystkie niedbałe graffiti to taki szlam, błoto, w którym unurzane jest miasto. Jak Wenecja z lamperią z mułu. Cały ten tekst, ten hałas ma taki zasięg jak ludzka ręka: dokąd sięga spray. To śmieci. Ale potem palimy papierosy na Ostrowie, naprzeciwko potężnej pani w sukni z zamków i kłódek. Pani uwieczniona na budynku socjalnym – stateczna, dumna i wielce geometryczna. Namalował ją Blu. Przegapiłam ją we słanym mieście.
Kiedy szłam do taksówki towarzyszył mi nowy tekst, zgiełk. Są wszędzie: Tagi, niedbałe i piękne. Chaotyczne i doskonałe. Dotknęłam tej chropowatej książki i zdziwiłam się.

Fantastyka w Polsce – nisza?

2009/04/26, niedziela

Psy zaczęły sypiać pośrodku pomieszczeń, a koty godzinami gapiły się na ściany i przywierały do nich całym ciałem. Psy zniknęły z osiedla, jakby je ktoś powybijał. Za to koty z dnia na dzień piękniały. Czujecie państwo, że to jest początek jakiejś mrocznej historii? Spisał ją Łukasz Orbitowski w powieści „Święty Wrocław”, a potem spotkaliśmy się we wrocławskiej „Literatce”. Przyszło mnóstwo ludzi, wielu z nich to niezłomni czytelnicy Orbitowskiego. Ktoś mu namalował obraz, inny spytał o dziecko. Jeden z uczestników spotkania orzekł, że fantastyka jest otoczona przez mainstream. Inny rzekł, że właśnie jest mainstreamem. I z jednej strony tak: w końcu to surrealistyczny thriller, powieść popularna, realizująca się w określonej konwencji. Z drugiej – na spotkaniu była atmosfera dziwnie rodzinna: część ludzi znała się doskonale – spotykają się na konwentach i promocjach książek. Jak to zatem jest z tą polską fantastyką – pop-kultura, czy getto?

Sytuacja polskiej fantastyki jest bardzo skomplikowana – mówi Paweł Dunin-Wąsowicz – redaktor naczelny czasopisma „Lampa”, wielbiciel fantastyki: Wiele elementów fantastycznych możemy znaleźć w książkach, które nie są sprzedawane jako fantastyka. Tymczasem na półkach w dziale „fantastyka” leży głównie produkcja z Fabryki Słów. To wydawnictwo, które moim zdaniem zrobiło dużo złego, w ostatnich kilku latach popsuło reputację polskiej fantastyce, wydając niedobrą literaturę, książki, w których język zostaje uproszczony do przezroczystości. Albo fantastykę przygodową, batalistyczną, gdzie promuje się najgorsze postawy macho: alkohol, przemoc, mechaniczny seks. A przecież fantastyka to także „Anna Inn” Olgi Tokarczuk, „Skaza” Magdaleny Tulli czy „Nagrobek z lastryko” Krzysztofa Vargi, “Rdza” Rafała Nowakowskiego - to książki wydawane poza seriami fantstycznymi, więc przez fandom ignorowane. Literacką fantastykę wydaje głównie Wydawnictwo Literackie: Dukaja i Huberatha. Nieco lepszą niż Fabryka Słów literaturę wydaje RH+, Runa i SuperNOWA. Wydając książki w takim wydawnictwie jak Fabryka Słów pisarze sami skazują się na getto, a wydawcy tylko to podsycają.