W łóżku i przy makaronie

2010/07/28, środa

To dla mnie zbyt niewygodne. Poza tym, nie wiedziałbym, jak trzymać książkę – powiedział słynny krytyk Marcel Reich-Ranicki, który „nigdy nie czyta w łóżku” (cyt za „Forum”). Po łyknięciu takiego zdania człowiek od razu sam siebie pyta, jak czyta. I jak? Albo jak NIE czyta?

Nigdy nie potrafiłam czerpać przyjemności z czytania w wannie. Trudno leżąc w wannie podkreślać ołówkiem co ciekawsze kawałki. Szybko pojawiają się lęki, że księga wpadnie do wody i zmieni się w mokrą szmatkę lub spuchnięty papierowy kwiatek. Poza tym w wannie to chce się spać! Natomiast chętnie czytam oglądając filmy, wiadomości itd. Z przyjemnością czytam przy jedzeniu (lekarze odradzają), chociaż esejów nie tykam przy rybie pełnej ości ani przy krewetkach (potrzebne są obie łapy). W taksówce, knajpie, tramwaju? Czemu nie? Gazety lub krótkie formy. Na rodzinnych uroczystościach (tych nudnych, polecam!), choć wtedy człowiek może wyjść na bufona. Podczas gotowania (należy ratować cenne minuty przy makaronie). Z radością odnotowałam informację w „Przekroju”, że czytanie przy słabym świetle wcale nie jest szkodliwe dla oczu. To - proszę Państwa, otwiera całkiem nowe możliwości.

Weź się w garść

2010/07/26, poniedziałek

Podobno to najgorsza rada, jakiej można udzielić osobie pogrążonej w depresji. Ale po tygodniach chuchania, przynoszenia herbaty, głaskania – przychodzi znużenie, mimowolna pretensja. Irytacja. I ma się ochotę tą osobą potrząsnąć, uderzyć ją w twarz, oblać wiadrem zimnej wody. Podświadomie próbujemy dla odmiany jakoś wyciągnąć ją na powierzchnię, przebić się do niej. Letarg, marazm, spadek energii dotyka często osoby z syndromem „try harder” (staraj się bardziej), ze skłonnościami do perfekcjonizmu. W wydanej właśnie przez Czarną Owcę książce „Nie musisz być najlepsza” Aleksander Perski i Joanna Rose pokazują rozmaite syndromy wypalenia i radzą jak nie wpaść w pułapkę perfekcjonizmu.

Potocznie perfekcjonizm kojarzy się pozytywnie, brzmi jak komplement. – Perfekcjonistka: mówimy z podziwem. W domyśle: dokładna, rzetelna, pracowita. Tymczasem perfekcjonizm niesie ze sobą szereg problemów. Jednym z nich jest silny, permanentny stres, który przeżywają takie osoby. Zaniżone albo niestabilne poczucie własnej wartości, które sprawia, że rozpamiętujemy i wyolbrzymiamy wszelkie niepowodzenia, a chętnie pomniejszamy i łatwo zapominamy sukcesy. Taka osoba nie zazna spokoju – każde kolejne zadanie ma potwierdzić jej wartość. Perfekcjonizm nas spowalnia, hamuje, podcina skrzydła. Skupiając się na szczegółach, nie ogarniamy całości, zostajemy w wąskiej perspektywie, pochyleni nad detalami, które muszą być (równie) doskonałe.

Perfekcjonizm leży często u podstaw takich chorób jak anoreksja (potrzeba kontroli), neuroza, wielu chorób somatycznych o podłożu nerwicowym (kłopoty z ciśnieniem, migreny, bule brzucha i krzyża). No ale istnieje przecież także perfekcjonizm konstruktywny! Autorzy radzą, jak sobie pomóc i cytują przy tym fragmenty książek Sylvii Plath, Doris Lessing i Baumana. Niektóre porady są ogólnikowe i irytujące (spraw sobie psa, nie trać kontaktu z własnymi emocjami – brzmi jak parodia). Inne pozwalają na małą refleksję na temat skutków niekończącego się dnia pracy.

Dlaczego w tytule książki pojawia się rodzaj żeński? Przytaczając pomiary pulsu, ciśnienia i hormonu stresu u mężczyzn i kobiet w różnych sytuacjach (w domu i pracy) - naukowcy doszli do wniosku, że w nowoczesnych społeczeństwach nadal bardziej obciążone stresem są kobiety. Po 17.00 (godzina ukończenia prac) u mężczyzn szefów poziom hormonu stresu spada, podczas kiedy u kobiet (zwłaszcza matek) - rośnie.

Taki oto popularno-naukowy poradnik dla tych, którzy muszą uczyć się odpoczywać.

Z miłości do książek

2010/07/24, sobota

Każdy miłośnik książek wyobraża sobie czasem taką sytuację: najważniejsi autorzy, ulubieni bohaterowie i my – w jednym pokoju. Jak mogłaby wyglądać rozmowa XIX wiecznego pisarza z bohaterem XXI wieku? Postaci wykreowanej przez literaturę wiktoriańską z Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście”? Philipa Marlowe’a z Alicją z Krainy Czarów?

Bo w nas przecież książki ze sobą rozmawiają i z nami się komunikują. Wszyscy mamy taką wewnętrzną bibliotekę, która jest naszą kulturową bazą, czymś, do czego się odnosimy, z czego czerpiemy. Ba, zdarza się, że inspirujemy się w tak zwanym prawdziwym życiu - zachowaniami bohaterów. To się śni czasem. Mnie się śnił Fiodor Dostojewski, z którym rozmawiałam w pustym kościele. Śniło mi się, że goniłam rysia z Darkiem Foksem i śnili mi się poeci warszawscy na otwartym basenie. No ale oni jeszcze żyją.

Agnieszka Drotkiewicz zakończyła niedawno cykl spotkań literackich w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Spotkania, rozmowy odbywały się oczywiście wokół literatury. I został po tym ślad: książka „Daleko od wichrowych wzgórz” (seria Teatru Dramatyczego). Rzecz zaczyna dramat skonstruowany jak taki właśnie literacki sen!

„Pokój, stół, atmosfera apatycznej zabawy, skromny poczęstunek, od czasu do czasu muzyka. Może być to kurs twórczego pisania albo psychoterapia grupowa. Mogą też być urodziny. Albo nawet przyjęcie urodzinowe obchodzone na psychoterapii, w ramach zajęć twórczego pisania? Np.: Postaci siedzą w kręgu, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Ktoś się spóźnia”.

W dramacie udział biorą m.in.: HH, Houellebecq-Heathcliff, Emily-Sarah (hybryda Emily Bronre i Sarah Kane, Jelinek (wiadomo), Carrie Bradshaw (no, też wiadomo) oraz Anna (Ania Marchewka) i Agnieszka (autorka herself). Ten postmodernistyczny meeting jest wariacją na temat wewnętrznej biblioteki, fantazją osoby słodko opętanej przez literaturę. Czy rzeczywiście – jak chce Houellebecq – postępujące zanikanie relacji międzyludzkich sprawia, że powieść musi się przeformułować, że nie ma już miejsca na narrację gwałtownych namiętności? Drotkiewicz sprawdziła, co by się stało, gdyby dosłownie potraktować metaforę o rozmawianiu książek. Metafory są niebezpieczne. Jak mówił Kundera – miłość może się zacząć od jednej metafory.

Do kogo mówi poeta

2010/07/21, środa

Jedno z najczęściej zadawanych na wieczorach autorskich pytań: dla kogo pan / pani pisze? W domyśle: dla siebie? Dla czytelnika? I – jeśli tak – to dla jakiego: konkretnego? Kobiety? Ukochanej? Dla jakiejś grupy społecznej? Na przykład dla (szumnie mówiąc) humanistów? Dla (szumnie mówiąc) młodzieży? Dla (szumnie mówiąc) kolegów? Otóż właściwa odpowiedź na to pytanie jest właściwie niemożliwa.

Piszę dla siebie. – Taki wariant zakłada jakąś hipokryzję, bo skoro autor znalazł się w relacji z czytelnikiem / dziennikarzem, znaczy to, że jednak jakoś rzucił zaklęcie, z szuflady mu przecież nie wykradziono, siłą na wieczór nie doprowadzono. Trochę się można krygować, ale nie aż tak. Poza tym, kiedy człowiek pisze „dla siebie” łatwo zgubić dystans, trochę osunąć się w grafomanię. „Ja tam rozumiem moją symbolikę, ja pod tym zdaniem widzę obraz”. I pozamiatane.
Wariant drugi: dla wszystkich: źle. Fatalnie. Bo to znaczy dla nikogo, implikuje jakąś papkę miałką, banał masowy (proszę wybaczyć tautologię).

Dla takich to a takich: obraźliwie, o rany, faszystowsko brzmi nawet. Wyklucza człowiek potencjalnych czytelników, co gorsza sugeruje, że teksty jakoś profiluje pod publikę, że coś oblicza, że pisze według jakiejś innej niż sztuka religii – na przykład według ekonomii. Że może coś mu się opłaca, przymila się do czytelnika?

Ale przecież chce się autor z kimś jakoś komunikować, coś komuś powiedzieć, pokazać.
W jednym z wywiadów pisarz Bohdan Zadura powiedział: idealnym czytelnikiem, byłby ktoś jakoś do mnie podobny, mający za sobą te same lektury, te same doświadczenia. Ten ktoś by zrozumiał.
Z kolei Andrzej Sosnowski na jednym ze spotkań powiedział - Piszę dla legendarnych jedenastu czytelników, jak Andrzej Bobkowski. – Dlaczego dla jedenastu? – spytał ktoś z sali. – Dla mniej niż jedenastu to jakoś smutno, a jak się pojawia więcej czytelników, to trochę podejrzane.

Ciepło o korporacjach

2010/07/18, niedziela

Agnieszka i Mariusz UrbanekI mody intelektualne się zdarzają. Jedną z nich jest pisanie o czarnych, ponurych Korporacjach jako o kafkowskich Zamkach i Sądach, jako o sartrowskich Piekłach. Obraz taki pokazuje sukcesywne wyniszczanie człowieka skazanego na dehumanizację, instrumentalizację i dezintegrację w szponach bezwzględnej Firmy. Wszedł był pełny entuzjazmu, kreatywny, młody – wychodzi wyssany, wypluty, zgarbiony, spalony. Zombie. Biznesmen w polskiej prozie to zwykle palantino, godny pożałowania czarny charakter. Kumulacja wszelkich negatywnych cech. Chłopiec do bicia. Odczarować Korporację postanowił Mariusz Urbanek w świeżo wydanej książce „Romans Biurkowy czyli 99 dni z życia korporacji”. Wprawdzie szef banku, w którym rozgrywa się akcja, jest skąpy i próżny, ale przecież słodko dziecinny i tak naprawdę dość dobroduszny. Pani Jadzia nieco narcystyczna, ale serdeczna i ciepła. Reszta to ekipa sympatycznych leserów, nieudaczników i lizusów. Stereotypy (Pani Jadzia myśli głównie o zamążpójściu, panowie piją piwo i marzą o Jadzi w małej czarnej) są przerysowane i osuwają się w karykaturę, trudno więc robić z ich istnienia zarzut. Książka jest zresztą dla Urbanka, autora znakomitych biografii Kisielewskiego, Waldorffa i Tyrmanda, nietypowa. To lekkostrawna rzecz do czytania na wyrywki w upały, kiedy już nic, ale to nic, no zupełnie absolutnie nic się nie chce.

/fot. kultuba.info/

Ksz nam grozi

2010/07/14, środa

Kręciliśmy wideo o książce we wrocławskim Parku Japońskim. Zostaję przez chwilę sama – panowie idą robić przebitki do parku, a ja siedzę na ławce, wygrzewam się jak jaszczurka. I tępo się w coś zagapiam, zapominam o bożym świecie. Z otępienia wyrywa mnie „ksz-ksz”. To dokładnie: „ksz-ksz”. Ale nie chce mi się, nie odwracam głowy, nie szukam źródła dźwięku. Przeciągam miły bezczas ile się da. Ale ksz nie odpuszcza, wali we mnie jak młotem. Obracam się, widzę faceta: leży na trawie z nogami wyciągniętymi przed sobą. Podpiera się ręką i robi mi zdjęcie. Oto jest ksz w pełnej krasie: wdziera się w moją małą prywatność i ksz mi grozi. A ja już jestem za stara, i to, co kiedyś mogłam wziąć za komplement, teraz traktuję jako zagrożenie, plądrowanie, gwałt, jakąś właściwie kradzież. No dobra, ale co robić? Wdawać się w potyczki słowne z jakimś licho wie kim? Jeszcze się oderwie od trawy i przyjdzie. Niespecjalnie chcę się kontaktować. Zresztą, co mu powiem: nie rób mi pan zdjęć? – Nie tobie robię kobieto, tylko rododendronom (które się ładnie zowią różanecznikami). I będzie mi łyso, na próżną jakąś wyjdę. Albo powie: filmu nie mam. Albo: wolno mi, nikt mi nie zabroni. Nie ma paragrafu. Co też mi przeszkadza? – myślę. A jednak jest mi w tym niewygodnie, nieprzyjemnie, denerwuję się i czuję się kompletnie bezradna. Teraz ten Trawnik ma mnie w swoim aparacie, ma nade mną władzę, no trochę mnie ma!

I co robię? Siedzę i udaję, że nie widzę nic. Ksz się uśmiecha z satysfakcją. To on ma przewagę. Wygrał. „W każdym użyciu aparatu fotograficznego drzemie agresja” – pisze Susan Sontag w słynnym eseju „O fotografii” (wyd. Karakter). „W samym wykonywaniu zdjęcia jest coś drapieżnego. Robić ludziom zdjęcia to gwałcić ich – oglądać takimi, jakimi nigdy sami siebie nie widują, zyskać o nich wiedzę, jakiej sami nigdy nie będą mieli, i w ten sposób uczynić z nich przedmioty, którymi można symbolicznie zawładnąć”.

Wazon w czyśćcu

2010/07/6, wtorek

Bywa, że przedmiot nas drażni, że jakoś nam (do nas) nie pasuje. Zaburza nasz porządek, naszą geometrię (pokoju, domu). Wtedy go przesuwamy, dotykamy, stawiamy w sąsiedztwie innych rzeczy. Próbujemy włączyć w sieć domowych przedmiotów. I albo się go udaje oswoić, albo przenosimy go coraz dalej: do odległego pokoju, do szuflady, na balkon, aż w końcu pozbywamy się go ostatecznie. Zanim zdecyduję, gdzie powieszę nowy obraz – musi odstać w czyśćcu: na ziemi, pod ścianą. Trzeba go jakoś zaakceptować, zobaczyć. W znakomitym opowiadaniu „Grzech” - Tadeusz Różewicz wspomina wazon, który do ubogiego, praktycznego mieszkania przyniosła matka. Przedmiot drażniący, kłujący oczy, zaborczy. Skupiający na sobie uwagę. Ogniskujący spojrzenia domowników.

„Któregoś dnia otwarłem drzwi i zobaczyłem w pokoju na stole wazon. Był podobny do wielkiego jajka (…). Cały pokój był teraz wypełniony tym wazonem. (…) Była to pierwsza piękna rzecz w naszym mieszkaniu, która nie służyła nikomu, niczemu. (…) Przyłożyłem ucho do wazonu i zastukałem delikatnie. Potem jeszcze raz. Nie byłem sam w pokoju. Dawniej byłem sam, a teraz byłem z tym wazonem, który był obcy w naszym mieszkaniu. (…) Choć nikogo nie było w domu, szedłem na palcach, ostrożnie, powoli. Skradałem się w ciszy, w której wazon stał, jak w wacie. Pociągnąłem za serwetę, wtedy wazon poruszył się. Wtedy pociągnąłem mocniej”.

Ponowne publikacje, nowe zbiory, nowatorskie kompilacje, wszelkie wydania drugie, poprawione maja sens. Jeśli tylko służą pokazaniu kapitalnych, a nieco zapomnianych obszarów literatury. Tadeusz Różewicz nie należy do „zapomnianych”, wręcz przeciwnie: to jeden z niewielu autorów stale świeżych, czujnych, stawiających istotne dla współczesności diagnozy. Ale przyzwyczailiśmy się do myślenia o nim jako o poecie. A przecież jest wybitnym dramaturgiem i autorem świetnych opowiadań. Wydana właśnie przez Biuro Literackie „Wycieczka do muzeum” pokazuje kunszt i naturalny talent Różewicza. To różnorodne teksty: emigracyjne, społeczne, filozoficzne, może nawet miłosne. Warto je odświeżać, pokazywać (czytać).

kokaina w bananach

2010/07/4, niedziela

Ile się dzieje w języku! Właściwie nie trzeba ruszać się z pokoju pełnego mediów: książek, sieci, radia, telewizji. Bo po co? Przygody, ekscytacje, spełnienia można przeżyć we własnej kuchni albo… no właśnie: w salonie? Brzmi jakoś mieszczańsko. W Dużym Pokoju? Jak z PRL-u normalnie. W liwingrumie? Przez myśl by mi nie przeszło. No i widzą Państwo – już na wstępie atrakcje. Czytam na pasku w TVN24 („na pasku” – tak, tak, jest taki język): kokaina w bananach. Jaka melodia (a jaka wizja). Czytałam kiedyś znakomitą książkę Joateina Gaardera „Żółty krasnal”. Pewien chłopiec zostaje sam na Ziemi. Puste place zabaw, parkingi, podwórka są surrealistyczne, niepokojące. W wyludnionym markecie chłopiec bierze sobie banana. Po obraniu (bo przecież nie „rozpakowaniu”, nie „otwarciu”!) owocu widzi napis na wewnętrznej stronie skórki „Uwaga na żółte niebezpieczeństwo”. Potem spotyka pewnego dziwnego niby-krasnala w żółtym kombinezonie. No ale ja nie w tej bajce, bo ja o bananie! Kiedy przeczytałam informację o kokainie, natychmiast pomyślałam o owocu z książki, wyobrażając sobie nadziewane banany.

Powieść krytyków

2010/07/3, sobota

Niedawno wzięłam udział w zabawie, zainicjowanej przez sieciowy Dwutygodnik. Polega ona na tym, że zaprasza się krytyków do pisania kolejnych odcinków mini powieści. Jak ci, którzy na ogół wymądrzają się w sprawie cudzesów, poradzą sobie z tematem? Czy wiedza teoretyczna przełoży się jakoś na jakość tekstu? Najczęściej się nie przekłada. Ale to przecież frajda - popatrzeć jak sobie nie radzą ci, którzy cudze wpadki piętnują zawodowo (niektórzy poradzili sobie całkiem nieźle). Zaskakujące było także to, jakie formy literackie wybrali autorzy. Tymczasem krytyczka Marta Mizuro („Zwierciadło”, „Odra”, „Przekrój”) i krytyk Robert Ostaszewski („Gazeta Wyborcza”,„Polityka”, „Fa-art”) popełnili książkę w świecie papierowym, publikując ją w prestiżowym wydawnictwie W.A.B. To kryminał „Kogo kocham, kogo lubię”. W księgarniach spotkają go Państwo jesienią.

Jaki kryminał zmontowali ci, którzy całe swoje dorosłe życie kryminały łykają jak lentilki? Chyba najbliżej mu do tak zwanego kryminału profesorskiego, gdzie erudycja i intertekstualność łączą się w błyskotliwy pastisz. Autorzy grają z konwencją i regułami gatunku. Mimo, że jest tu pełnokrwista intryga, suspens, plot, splot i w ogóle - wszystko, jak pan bóg przykazał – całość traktujemy raczej jak tekst podany w cudzysłowie. Wiemy przecież, że to inteligentna zabawa i włączamy się w nią z rozkoszą. Krakowskie kryminały środowiskowe, czy kryminały „z podkładką” mają już długą tradycję. Ten powstawał we Wrocławiu i w Krakowie. Które rozdziały, fragmenty, piała Marta, które Robert? Pozostawiam to Państwa domysłom. Ostatnio wspólny kryminał (dodajmy, prześmieszny, tajemniczy, udany) napisała Gaja Grzegorzewska, Marcin Świetlicki i Irek Grin, wcześniej Marek Krajewski i Mariusz Czubaj. Oddawanie swojego bohatera na chwilę „w dobre ręce” jest ekscytujące. Teraz to wiem.

Patrz na mnie, kiedy mnie boli

2010/06/28, poniedziałek

„Bycie widzem nieszczęść nawiedzających inne kraje jest jednym z najbardziej charakterystycznych przeżyć współczesności” – pisze Susan Sontag w świeżo wydanym przez wydawnictwo Karakter eseju „Widok cudzego cierpienia”. Przekaz zapośredniczony przez media płynie wartkim strumieniem non stop 24 na dobę. Bezsenność umilają nam krwawe zamieszki, trwanie na dworcu PKP Warszawa Centralna - zabójstwa w podstawówkach. W barze przy szosie zasuwa transmisja na żywo z wojny w Afganistanie (non stop 24 na dobę). Komórka odbiera najpilniejsze infosy. Najkrwawsze. Czytając gazety przy śródziemnomorskim śniadaniu ludzie oglądają barwnie poplamione miejsca zbrodni, ciche ciała w plastikowych workach. Fotografowie są stałym elementem każdej wojny. Intuicyjnie wymaga się od nich obiektywizmu, wiarygodności. Właśnie teraz, kiedy nowe technologie pozwalają na fałszowanie w stopniu dotąd nieosiągalnym. Zresztą, fotografia tylko pozornie jest obiektywna, chociaż zwyczajowo traktuje się ją jak dokument („Chcemy, aby fotograf był szpiegiem w domu miłości i śmierci”). Rama zdjęcia wycina, co chce. Zdjęcie zmienia znaczenie w zależności od kontekstu i tytułu. Upraszczając – może być równie „fikcyjna” równie „wymyślona”, co obraz na płótnie. Przecież pierwsze zdjęcia z wojen były inscenizowane, i to nie tylko ze względu na agitacyjną funkcję ówczesnej fotografii: wymagała tego skomplikowana aparatura. Sontag zastanawia się, czy zdjęcia przekazują „pożyteczny morał”, odsłaniając „nagi horror i rzeczywistość wojny w przeciwieństwie do jej widowiskowości”, czy też podsycają nasz voyeryzm, perwersyjne pragnienie oglądania zbrodni, cierpienia, śmierci. Bo przecież „apetyt na obrazy przedstawiające ciała umęczone jest prawie tak silny jak na wizerunki ciał nagich” – pisze.

Istotna jest jej uwaga, że „nasi” (w domyśle – biali Amerykanie) zmarli zawsze są pokazywani dyskretnie i z szacunkiem. Ciała mają odwrócone twarze. Niepisane tabu zabrania pokazywania żołnierzy zmasakrowanych, zniekształconych wskutek odniesionych ran. Natomiast portfolio Afryki to czarne, wychudzone twarze z wytrzeszczonymi oczami, wzdęte brzuszki. Afrykę fotografuje się en face i z bliska. Bez znieczulenia. „Niczym zwierzęta w zoo na wystawach etnologicznych”.
„Historycznie rzecz biorąc, fotografowie oferowali bardzo pochlebne obrazy wojennego rzemiosła, i satysfakcji, jaką daje wyruszanie na wojnę albo wytrwałe jej prowadzenie. [Dopiero] w czasie wojny w Wietnamie fotografia wojenna przekształciła się, z zasady, w krytykę wojny”.

A co z pięknem ruin? Co z przerażającym, „konwulsyjnym” pięknym wraków, wypadków? Sontag przytacza oburzenie, niemal lincz, który groził artystom, podziwiającym estetyczny wymiar ruin po WTC. Jakby to było „nieprzyzwoite”. A przecież wciąż większość odbiorców oczekuje od zdjęć pięknych kompozycji, pomysłowych ujęć, świetlanych kadrów. „Zdjęcie wysyła sprzeczne sygnały”. Eseje Sontag sprytnie je wyłapują.