Słownik nie nadąża

Jak można tak kochać książki? Tak się meta-foryzować, przeglądać w języku? Jak można mieć taką czujność, żeby nadążać ze swoim słownikiem za żywiołem języka? Mówienie przestaje być w takim razie czynnością niewinną, a język – narzędziem. Robi się właściwie naukę i sztukę non stop 24 na dobę. Do każdego zdania pojawia się przypis, przypis do przypisu. Permanentna koncentracja? Wypadki przy mówieniu to najbardziej spektakularne wypadki. Najbardziej przejmujące.

Taką strategię przyjął bohater – narrator wspaniałych „Walców wolnych, walców szybkich” Adama Poprawy. Oto przekrój poprzeczny:

Wieczne teraz i inne eschatologiczne pewniki
Jutro, nie, dziś, bo jest druga w nocy, zaczynam konwersatorium o Białoszewskim. Właśnie pochowałem książki, jego i o nim, odłożyłem teczkę z wycinkami i kserami. Bo, jak zawsze, robię wszystko na ostatnią. Jutro to znaczy dziś, zawsze, wszystko, ostatnie – skąd mi się tak uogólnia na definiująco? Ano z powierzchniowości języka. Ledwie pomyślisz, już się pointuje. A przecież nie ma Point. To znaczy są, złudzeniami.
W każdym razie dobrze było przeglądać wycinki z gazet. Jedna, druga, inna rocznica, o nowych książkach, kawałki dziennika.
(A nie mówiłem?)

Poszukajmy odpowiedzi, jak proponuje banderolka reklamowa Wyższej Szkoły Europejskiej, zaczepiona o okładki tomiku Kołakowskiego „O co nas pytają wielcy filozofowie”.

Zawsze dobrze zapytać
„Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”
(Mt 24, 35).
Dobrze, tylko z którego wydania i w czyim przekładzie?

Z zagadnień typowości
Kiedyś, choć nie tak znowu całkiem, w papierniczym z zabawkami. Pytam, mniejsza o po co (choć nie taka znowu całkiem mała)
– Czy dostanę może takie małe figurki, jakieś ufoludki, kosmitów?
Ogląda się, zastanawia na moment
– Nie, typowych ufoludków nie mamy.

Precyzyjnie, a akuratnie?
Przed grosem czy już w trakcie? Z radia o nieodbytej rozprawie gdzieś w sądzie, hałas, zapowiedzi się poszumiały z wiadomościami, ktoś się stara o zdrowotne odroczenie. I bodaj jego obrońca:
– Osadzony musi leżeć i dlatego się nie stawił.

Z tych kapitalnych kawałków wyłania się bohater nietypowy – współczesny inteligent. Tak, tak, okazuje się, że istnieje ktoś taki: pracuje na uniwersytecie. Jego ulubionym sportem jest buszowanie po antykwariatach lub licytowanie unikatowych wydań na allegro. Od czasu do czasu lubi sobie „cytnąć”, lub skwapliwie przywołać jakieś bóstwo: jak Bacha kocham! Życie społeczne chodzi oglądać do fryzjera. Ale raczej nie bywa protekcjonalny, a wrodzoną ironię potrafi obrócić także przeciwko sobie. Na skrzydełku książki Jerzy Jarniewicz pisze „(…) wyłania się postać wskutek niebanalnych zainteresowań i ponadprzeciętnej erudycji nieco wyobcowana, z dystansem, choć nie bez namiętności, podpatrująca kulturę masową i strywializowaną obyczajowość epoki”. Czytanie „Walców” to nie tylko (czysta) przyjemność. Książka, zapraszając nas do walca, naświetla łagodnie metafizykę języka i pokazuje, że miłośnicy książek bywają może nieco ekscentryczni, ale warto wejść z nimi w komitywę. Nawet, kiedy się lekko opierają.

Moją wideorozmowę z pisarzem znajdziecie tutaj lub tutaj:

Więcej rozmów i filmów jest na stronie http://www.kultuba.info

Wpis “Słownik nie nadąża” ma jeden komentarz

  1. apokaliptyk-ateista pisze:

    Książeczka zapowiada się smakowicie…

    Widzenie myśli i rzeczy na sposób Białoszewskiego to w naszej literaturze rzadki dar, bo w modzie i w cenie wciąż romantyzm w swoich tysięcznych przebraniach i wcieleniach. Zwykle ogranych do szczętu i w gruncie rzeczy głupawych.
    A dążenie do puent jest czystym automatyzmem – wszystko dąży do przybrania jakiejś formy czy postaci, no i do zaniku… I już. Tu znów najlepsze detektory miał niejaki Bruno Schulz, ale to już bajka z całkiem innego miasta.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz