Stary, gruby, owłosiony

Etatowi żartownisie bywają najsmutniejsi. Na scenę wkładają uśmiech „jak dwurzędowy garnitur”. Potem popełniają samobójstwa w cieniu fleszów. Jakby śmiech trzeba było równoważyć. Miłośnicy subtelnego, inteligentnego humoru świetnie wiedzą, czym jest podszyty. „To szczęśliwy desperat, który tak głośno się śmieje, by zagłuszyć kroki śmierci” – pisano o Rolandzie Toporze. „Mistrz groteski”, „piewca wolności”, „demaskator hipokryzji”. Bywało, że śmiał się gorzko, ponuro. Że się smutno robiło po takim śmiechu (przez łzy) jak po zimnym deszczu. Humor szedł tu w parze z piekielną inteligencją, szatańską wyobraźnią, by się trzymać podziemnych metafor. „Bal na ugorze”, który – z przedmową Agnieszki Taborskiej – ukazał się właśnie w wydawnictwie Sonia Draga, to powieść, w której ogniskują się wszystkie najbardziej wyraziste cechy prozy Topora: absurd i groteska, niebanalne poczucie humoru i gorzka wizja świata. Ale mocniej niż gdzie indziej dochodzi do głosu pesymizm, brak złudzeń, świadomość ułomności ciała. No właśnie, jeśli o ciało idzie – to tytułowy ugór, nieużytki po wzmożonej uprawie. Ale ugór to także – jak pisze Taborska – nieużytki literatury, które Topor wybiera zamiast żyznej gleby. Oto bohater „Balu na ugorze” postanawia kontestować (biernie) świat, składa broń i idzie do łóżka, ot co! Bo mu nie idzie, bo jest zmęczony, bo jest stary, gruby i owłosiony.

„Skulony pod górą kołder, poduszek i przepoconych prześcieradeł, usiłuję uchwycić się czegoś nierealnego (…). Choćby w całym Paryżu tylko jedna osoba miała odmówić wstania przed trzecią po południu – będę to ja! Kładę się odłogiem”.

Wkrótce alter ego pisarza („i pomyśleć, że w dzieciństwie byłem taki ładny!”) postanawia zostać strażnikiem własnego pejzażu. Bo przecież jego pejzaż niknie w oczach: „Zęby mi się chwieją i żółkną, wypadają włosy, siwe kłaki szpecą brwi, wyłażą z uszu i dziurek od nosa. Wolę nie myśleć o stanie organów wewnętrznych”. Neurotyczny jak Woody Allen – daje się pokonać agresywnym książkom atakującym wściekle z powietrza, apetytowi, który niweczy diety, a nawet łazienkom, które (wszystkie!) przygnębiają to swoją degrengoladą, to znów sterylnością.

Niech by przyszła jakaś miłość zbawienna, jakiś brzask! „Niektórzy twierdzą, że podobieństwa się przyciągają. Drżę na myśl o fizjonomii słodkiej dzieciny, do której zgodnie z tą maksymą mógłbym rościć sobie prawo. (…) Oby przynajmniej miała mniejszy zarost!”

Dodaj komentarz