Żulczyk – zmiana.

2010/09/11, sobota

To jest chłopak, który ma talent do dobrych tytułów, a jak uczą poparte licznymi badaniami doświadczenia, dobry tytuł to połowa sukcesu. „Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości”, „Radio Armageddon” i wreszcie „Instytut”. Można nie lubić samych książek, ale tytuły niosą emocje, wszystkie (coś) obiecują. Za słowem instytut stoi oficjalność, nobliwość: Instytut Pamięci Narodowej, Instytut Książki, Instytut Nauk Historycznych i Pedagogicznych. Słowo ma prestiż, nie da się ukryć. Kojarzy się także z władzą, strukturą, organizacją. Z Państwem. Z gabinetem. Z szeregiem gabinetów. Ale jest w tym słowie też element niepokojący, enigmatyczny. Kafkowski. To dobry tytuł na thriller.

Kuba Żulczyk, bo o nim mowa, wyemancypował się z postmodernizmu i porzucił ulubiony – pełen nawiązań, dygresji, szkatułek – rozgadany (rozedrgany?) styl. Przez niektórych diagnozowany jako mowa amfetaminowa. I dobrze mu zrobiła konwencja, do której się musiał przymierzyć. Książka ma solidny kręgosłup: wszystko do czegoś prowadzi. Żadnych (zbędnych?) ozdobników. Zdania popychają akcję do przodu. Im mniej artystycznych pretensji, tym lepsza sztuka – tak czasem bywa. Napisałem czytadło – powiedział Żulczyk. I świetnie. Mimo, że książka jest nieco ponura, złowroga, całkiem pod podszewką dekadencka – po jej przeczytaniu nikt już nie nazwie Kuby autorem pokolenia Emo, jak to drzewiej bywało. Nie ma w powieści ujmującego uroku, zdań, które zapadną w pamięć (to thriller!). Ale książka ma redaktora, co widać, słychać i czuć.

Grupa przyjaciół zostaje zamknięta w mieszkaniu w pustej krakowskiej kamienicy. Kamienica ma dziwną historię – podobnie jak kumple, którzy znają się z pewnego klubu i są – jak to ludzie: trochę nieobliczalni. Pisząc tę książkę autor obejrzał wszystkie filmy, przeczytał wszystkie książki, w których ktoś jest zamknięty w pomieszczeniu. To ukłon w stronę popkultury, matki-żywicielki Żulczyka. Po tym, jak zaczął prowadzić we „Wprost” bliźniaczą do kroniki Kuby Wojewódzkiego – kronikę pop-kultury – już nikt nie lubi Kuby Żulczyka? Drodzy państwo! Zrobił krok w dobrym kierunku. Ja tam to doceniam.

Kogo kocham, kogo lubię, temu piszę

2010/09/9, czwartek

Kiedy człowiek bywa w krajach dalekich, niemożliwych, jak jakiś Marco Polo, kiedy podróżuje kulinarnie – naje się, napatrzy, podpatrzy od kuchni – to mu się w domu gotować zachciewa. To mu rosną do tego narzędzia, nabiera wiary, staje się sprawny. Miękko przechodzi z jednej strony na drugą – staje się nadawcą bajecznego befsztyku, mroźnego rachatłukum. Oto krytyczka Marta Mizuro i krytyk Robert Ostaszewski – dość już się po światach (książek) nachodzili. Do kuchni przenieśli się z nadzieją na piękną przygodę. I oto jest: „Kogo kocham, kogo lubię” – kryminał z WAB-ia. Skosztujecie państwo. Stanie ością w gardle? Zasili jasne wspomnienia? A może po prostu sprawi czystą przyjemność? Tyle. Aż.

Film ze strony kultuba.pl

Książka będzie dostępna w księgarniach już we wrześniu.

Stary, gruby, owłosiony

2010/09/2, czwartek

Etatowi żartownisie bywają najsmutniejsi. Na scenę wkładają uśmiech „jak dwurzędowy garnitur”. Potem popełniają samobójstwa w cieniu fleszów. Jakby śmiech trzeba było równoważyć. Miłośnicy subtelnego, inteligentnego humoru świetnie wiedzą, czym jest podszyty. „To szczęśliwy desperat, który tak głośno się śmieje, by zagłuszyć kroki śmierci” – pisano o Rolandzie Toporze. „Mistrz groteski”, „piewca wolności”, „demaskator hipokryzji”. Bywało, że śmiał się gorzko, ponuro. Że się smutno robiło po takim śmiechu (przez łzy) jak po zimnym deszczu. Humor szedł tu w parze z piekielną inteligencją, szatańską wyobraźnią, by się trzymać podziemnych metafor. „Bal na ugorze”, który – z przedmową Agnieszki Taborskiej – ukazał się właśnie w wydawnictwie Sonia Draga, to powieść, w której ogniskują się wszystkie najbardziej wyraziste cechy prozy Topora: absurd i groteska, niebanalne poczucie humoru i gorzka wizja świata. Ale mocniej niż gdzie indziej dochodzi do głosu pesymizm, brak złudzeń, świadomość ułomności ciała. No właśnie, jeśli o ciało idzie – to tytułowy ugór, nieużytki po wzmożonej uprawie. Ale ugór to także – jak pisze Taborska – nieużytki literatury, które Topor wybiera zamiast żyznej gleby. Oto bohater „Balu na ugorze” postanawia kontestować (biernie) świat, składa broń i idzie do łóżka, ot co! Bo mu nie idzie, bo jest zmęczony, bo jest stary, gruby i owłosiony.

„Skulony pod górą kołder, poduszek i przepoconych prześcieradeł, usiłuję uchwycić się czegoś nierealnego (…). Choćby w całym Paryżu tylko jedna osoba miała odmówić wstania przed trzecią po południu – będę to ja! Kładę się odłogiem”.

Wkrótce alter ego pisarza („i pomyśleć, że w dzieciństwie byłem taki ładny!”) postanawia zostać strażnikiem własnego pejzażu. Bo przecież jego pejzaż niknie w oczach: „Zęby mi się chwieją i żółkną, wypadają włosy, siwe kłaki szpecą brwi, wyłażą z uszu i dziurek od nosa. Wolę nie myśleć o stanie organów wewnętrznych”. Neurotyczny jak Woody Allen – daje się pokonać agresywnym książkom atakującym wściekle z powietrza, apetytowi, który niweczy diety, a nawet łazienkom, które (wszystkie!) przygnębiają to swoją degrengoladą, to znów sterylnością.

Niech by przyszła jakaś miłość zbawienna, jakiś brzask! „Niektórzy twierdzą, że podobieństwa się przyciągają. Drżę na myśl o fizjonomii słodkiej dzieciny, do której zgodnie z tą maksymą mógłbym rościć sobie prawo. (…) Oby przynajmniej miała mniejszy zarost!”

Dzień, w którym zmarzłam przy kompie

2010/08/30, poniedziałek

Sofizmat: przy kompie marznie się inaczej niż na przykład w metrze. Łatwo się zapomina o zjawiskach takich jak temperatura, bawełna 100 %, polar, świat. Proszę: zimno. Zaczyna się.

Kiedy ktoś mówi „zmarzłem przy kompie” wiadomo, że przegapił moment, kiedy mu stopy zmurszały w przeciągu, a palce wpadły w fiolet. Uwaga! Reanimacja wśród syczących aspiryn! Przy kompie: te małe napięcia w karku, zapuszkowane mięśnie – kto by ich nie kochał? Ktoś może książkowo wykona kilka zbawiennych skłonów w przerwie na papierosa. Inni popatrzą w zielone, jak radzą terapeuci naszych biednych oczu. Ktoś się zreflektuje poniewczasie – skostniały jak dziadzio mróz, z soplami u ramion, nieszczęśliwy. Ma może wyżła, który mu położy na kolanach ciepły mokry pysk. Czytając książkę w sieci w taką się sieć wpada: zimno, zimne media mają to do siebie.

Zasypiamy jak żaby w podgrzewanej wodzie – napisał w jednym z wierszy poeta Tadeusz Pióro. Czyli jak (zasypiamy)? Otóż – jak pokazało doświadczenie, wrzucone do gorącej wody żaby szybko z niej wyskakują. Natomiast te, którym wodę podgrzewa się stopniowo – tracą czujność i umierają.

Zasypiał jeszcze normalny

2010/08/28, sobota

Bohaterem może być chińskie ciasteczko: „Jestem mało pożywne, niezbyt smaczne (…), a jest mnie legion, już się mnie nie da wytracić, ludzie uwierzyli we mnie (…). Jestem bestsellerem”.

Bohaterem może być Czas: „Trwam nieprzerwanie (…) jestem punktem w sobie samym, jestem odcinkiem samego siebie. Jestem miarą samego siebie i tylko kwestią. Liniowy i punktowy. Letni i zimowy (…). Czasem pojawiam się jako duch. Beze mnie nie istnieje nawet nic”.

Bohaterem może być Babel: „No cóż, zagrałam rolę epizodyczną, acz nieśmiertelną. Zostałam zburzona, lecz zapamiętana. Ale wrócę. Popkultura kocha wielkie comebacki. Z esperanto mi się nie udało. Falstart”.

Owszem, nowa powieść Ignacego Karpowicza „Balladyny i romanse” zaczyna się ironicznie. No proszę, znów wszystko będzie w cudzysłowie? Znów nie będzie można uwierzyć w żadne zdanie? Znów się autor będzie ubezpieczał, zrzekał odpowiedzialności? Znaczy to, że autor się boi? Otóż jest zupełnie odwrotnie. Autor robi, co chce, udziela głosu zjawiskom fizycznym i kulinarnym, wartościom i przedmiotom, bogom i bóstwom. Znaczy to, że będzie chaos i postmodernizm? Że autor jest drugim Rolandem Toporem (groteska! absurd!), albo – nie daj boże – drugą Masłowską („w spodniach”?), bo tańczy w języku, z językiem? Rzekłabym raczej, że nowa powieść Karpowicza bardzo jest Karpowiczowa. Posługuje się elementami baśni, żeby lepiej wyjaśnić potoczną rzeczywistość. Ze świata znikają żelazka i kawa, bo świat zwariował: Janek budzi się w obcym domu, budzi się jako człowiek dobry. Jezus Maria! Zasypiał jeszcze normalny! No to po nim: kraść nie może, kląć mu się nie chce. Masakra. Olga, stara panna, dziewica, postępuje pewnego dnia słodko nieracjonalnie, upojnie bez sensu, groźnie niebezpiecznie. Postępuje tak z Jankiem, przez Janka, w duchu Janka, który właśnie nabiera ducha, jak wody w usta. Za sprawą przypadku, bliscy życiu jak w polskim filmie (na pewno jedzą zupę), bohaterowie zmieniają się – ich życie gwałtownie przyspiesza i staje się: dziwne? Piękne? I co mają z tym wspólnego bogowie, którzy zawsze mieli podobne do nas, naziemnych, namiętności – czemu nie mieliby teraz? – Mówić naszym językiem?
Otóż Ignacy Karpowicz się nie boi. Dlatego napisał powieść właściwie bezwstydną. Miejscami męcząca, niejasną. Miejscami wzruszającą, prawdziwą. Permanentnie ruchliwą: pączkującą, rozochoconą. A jednak pod blichtrem, ironią i bałaganem (życia) drzemie sobie historia o niewłaściwej (błąd!), nierealnej (też coś!) miłości. Która może się rozprzestrzeniać. Może dotknąć i ciebie.

Jesienią węże są ospałe

2010/08/27, piątek

Wąż zamieszkał w domu pani Sanada, pracującej w sklepie z buddyjskimi różańcami. Kiedyś na niego nadepnęła! „Jesienią węże są ospałe. Normalnie nie dają się nadepnąć”. Nadepnęła kilka razy: „nie mogła się powstrzymać”. Pewnego dnia przyszła do domu i ujrzała siedzącą na dywanie pięćdziesięcioletnią kobietę. Ktoś tu posprzątał – pomyślała pani Sanada. Wąż. Kobiety przywitały się pogodnie. Pani wąż podniosła pokrywę garnka: – Hiwako, ugotowałam twoje ulubione pulpety tsukune. Jak solennie nakryła stół. Dziwna sytuacja: nakładają sobie, piją piwo. „Późno wróciłaś z pracy”.

– Kim ty właściwie jesteś?
– Jak to kim jestem? Hiwako, to ja, twoja mama.

Wszystko jakby nigdy nic. Ale wąż się zadomawia, staje się nieprzyjemnie potrzebny. Trudno zrezygnować z ciepłych posiłków. Pięknie się wraca do domu, w którym tli się światło. Ale wąż nie jest matką Hiwako. O co więc toczy się gra? Co można wygrać (co przegrać)? Nocami ciało kobiety spłaszcza się i przylega do słupa: „Gdy już wspięła się na sufit, odetchnęła i w okamgnieniu przybrała na powrót postać węża. Zamknęła oczy. Wyglądało to tak, jakby na suficie namalowany był wąż”.

Tytułowe opowiadanie „Nadepnęłam na węża” (Karakter 2010) otwiera zbiór trzech próz Hiromi Kawakami – tokijskiej powieściopisarki. Lekturze tych hipnotycznych, wciągających opowiadań towarzyszy logika marzenia sennego. Silne napięcie wynikające z nawarstwiających się niejasności, niepewności, czy bohaterowie przeżywają rozkosz, czy ból – sprawia, że powietrze wokół książki staje się elektryczne (i nie jest to, proszę Państwa literatura iberoamerykańska. Oj nie).

Sztuka niebycia artystą

2010/08/23, poniedziałek

Zepsem w języku łąki

2010/08/21, sobota

Na spacerze zepsem jest najłatwiej: niemieccy, włoscy, anglosascy psiarze spotykają się na łące i mówią językiem łąki: what a wonderful dog! He is so cute! Taki pigeon, pardon: dog – english. Najtrudniej – na festiwalach, gdzie mi zawsze brakuje słów, gdzie państwo rozmawiają o poezji, krążąc wokół takich gratek jak desygnat, epifania, hermeneutyka, krypto cytat. A ja się muszę obracać w obrębie mojego słownika i czuję, jak mi jakiś wewnątrz głowy mięsień – napręża się i wydaje na świat zdania: jakieś takie niedoróbki. Poronione, bez formy. Patrzę wtedy głęboko w oczy rozmówcy, żeby mu przekazać pozawerbalnie, że tam coś jest, jakieś zwoje.

Po powrocie – lekcje obcego języka. Tato mi przezornie „Drakulę” przez kumpli podesłał. Wersja jest uproszczona, więc można bez wysiłku i z poczuciem wypełnianego obowiązku – zapuścić dołączoną płytę. Nocą, kiedy ma się siłę tylko na karmel i pop, wyobrażam sobie „the road to Castle Dracula” i trudno mi wyjść poza wizję Coppoli. Najczęściej oglądany przeze mnie film wrył się, zarządza wyobraźnią. Więc trochę zmieniam: niechże Jonathana Hakera zamiast Keanu Reevesa gra Kuba Wojewódzki, a śliczną Minę – Vanessa Paradis. Myślę, że Kuba by chciał.

Słownik nie nadąża

2010/08/18, środa

Jak można tak kochać książki? Tak się meta-foryzować, przeglądać w języku? Jak można mieć taką czujność, żeby nadążać ze swoim słownikiem za żywiołem języka? Mówienie przestaje być w takim razie czynnością niewinną, a język – narzędziem. Robi się właściwie naukę i sztukę non stop 24 na dobę. Do każdego zdania pojawia się przypis, przypis do przypisu. Permanentna koncentracja? Wypadki przy mówieniu to najbardziej spektakularne wypadki. Najbardziej przejmujące.

Taką strategię przyjął bohater – narrator wspaniałych „Walców wolnych, walców szybkich” Adama Poprawy. Oto przekrój poprzeczny:

Wieczne teraz i inne eschatologiczne pewniki
Jutro, nie, dziś, bo jest druga w nocy, zaczynam konwersatorium o Białoszewskim. Właśnie pochowałem książki, jego i o nim, odłożyłem teczkę z wycinkami i kserami. Bo, jak zawsze, robię wszystko na ostatnią. Jutro to znaczy dziś, zawsze, wszystko, ostatnie – skąd mi się tak uogólnia na definiująco? Ano z powierzchniowości języka. Ledwie pomyślisz, już się pointuje. A przecież nie ma Point. To znaczy są, złudzeniami.
W każdym razie dobrze było przeglądać wycinki z gazet. Jedna, druga, inna rocznica, o nowych książkach, kawałki dziennika.
(A nie mówiłem?)

Poszukajmy odpowiedzi, jak proponuje banderolka reklamowa Wyższej Szkoły Europejskiej, zaczepiona o okładki tomiku Kołakowskiego „O co nas pytają wielcy filozofowie”.

Zawsze dobrze zapytać
„Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”
(Mt 24, 35).
Dobrze, tylko z którego wydania i w czyim przekładzie?

Z zagadnień typowości
Kiedyś, choć nie tak znowu całkiem, w papierniczym z zabawkami. Pytam, mniejsza o po co (choć nie taka znowu całkiem mała)
– Czy dostanę może takie małe figurki, jakieś ufoludki, kosmitów?
Ogląda się, zastanawia na moment
– Nie, typowych ufoludków nie mamy.

Precyzyjnie, a akuratnie?
Przed grosem czy już w trakcie? Z radia o nieodbytej rozprawie gdzieś w sądzie, hałas, zapowiedzi się poszumiały z wiadomościami, ktoś się stara o zdrowotne odroczenie. I bodaj jego obrońca:
– Osadzony musi leżeć i dlatego się nie stawił.

Z tych kapitalnych kawałków wyłania się bohater nietypowy – współczesny inteligent. Tak, tak, okazuje się, że istnieje ktoś taki: pracuje na uniwersytecie. Jego ulubionym sportem jest buszowanie po antykwariatach lub licytowanie unikatowych wydań na allegro. Od czasu do czasu lubi sobie „cytnąć”, lub skwapliwie przywołać jakieś bóstwo: jak Bacha kocham! Życie społeczne chodzi oglądać do fryzjera. Ale raczej nie bywa protekcjonalny, a wrodzoną ironię potrafi obrócić także przeciwko sobie. Na skrzydełku książki Jerzy Jarniewicz pisze „(…) wyłania się postać wskutek niebanalnych zainteresowań i ponadprzeciętnej erudycji nieco wyobcowana, z dystansem, choć nie bez namiętności, podpatrująca kulturę masową i strywializowaną obyczajowość epoki”. Czytanie „Walców” to nie tylko (czysta) przyjemność. Książka, zapraszając nas do walca, naświetla łagodnie metafizykę języka i pokazuje, że miłośnicy książek bywają może nieco ekscentryczni, ale warto wejść z nimi w komitywę. Nawet, kiedy się lekko opierają.

Moją wideorozmowę z pisarzem znajdziecie tutaj lub tutaj:

Więcej rozmów i filmów jest na stronie http://www.kultuba.info

Na poboczu ciemna orgia widm

2010/08/13, piątek

Kilometr za miastem już nie umieliśmy się odnaleźć / syn padł przy szosie / dziewczyna poszła na zwiady / profesor lekceważył „zwiady” i przetrząsał bagaż / bele papierowych ręczników trzy latarki / bez baterii a więc zwykły szmelc zresztą i w noc / należało zwątpić jak się wyraził nasz kierowca / czy kierowca zabrał kuchenkę butlę ryby leczo / tak odparł organista nie jest aż tak źle / tylko musimy jakoś się zorganizować.

Ten fragment „Poems” – ostatniego tomu wierszy Andrzeja Sosnowskiego przypomina mi się zawsze, kiedy gubię się w jakimś obcojęzycznym mieście albo zaczynam nerwowo wyglądać stacji benzynowej, bo na desce rozdzielczej strzałka ostrzegawcza wychyla się niebezpiecznie. Kiedy nawigacja Nokii dostaje czkawki i sprzedaje zimny komunikat: lost lost lost, a hotele wyciekają z mapy jak widma i wszyscy jesteśmy skonfundowani w rosnącej urban jungle. W tym fragmencie jest wszystko: chaos, bezradność, pozorowane ruchy, które mają przybliżyć nas do wyjścia, a są marszem w miejscu. Zmęczenie, brak logiki, chyłkiem wypowiadane zdania, zaklinanie rzeczywistości: zresztą i w noc należało zwątpić.

Podoba mi się pogodna bezradność bohaterów całego przedsięwzięcia. Łagodna zgoda na rzeczywistość. Bierność, obojętność – trochę dekadencka. Pokrzepiający dystans do całej przygody. I od razu dowcip: kuchenka butla ryby leczo? Straceńcze party na nocnym parkingu? Falstart u podnóża autostrady? Na poboczu ciemna orgia widm?

Jest jakieś małe szaleństwo w tym fragmencie, powidok upiornych wakacji.