Książka jako hipoteza

2010/08/11, środa

To jasne, że często wypowiadamy się o książkach, których nie czytaliśmy. Najprostszym przykładem jest biografia Kapuścińskiego (pióra Artura Domosławskiego), która przez pewien czas była narodowym tematem debaty publicznej. Czasem o opinii decydowała opcja polityczna nie-czytelnika, czasem stosunek do Kapuścińskiego, nostalgia za PRL-em lub współczucie dla żony (Ryszarda), czy też ogólny życiowy radykalizm lub liberalizm. Do książek, których nie czytaliśmy, a lubimy o nich gadać, należą także klasyczne dzieła należące do kanonu kultury. O nich gadali nam w szkole, widzieliśmy ekranizacje, adaptacje, pastisze. Fragmenty i cytaty znamy najpewniej na pamięć. „Znamy” też książki jakoś przełomowe; albo te o słynnych tytułach: „Człowiek bez właściwości”, „Ostrożnie pożądanie”, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Zjawisko takich nie-przeczytanych książek i takiego nie-czytelnika – z humorem i lekkością opisuje w eseju „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało” Pierre Bayard. Bayard słusznie mówi, że czytanie czytaniu nierówne. Można bowiem książkę przekartkować, można ją całkowicie zapomnieć, można poświęcić wiele godzin, ale jej nie skończyć. Można też książkę prawdziwie przetrawić, notując na marginesach, zapamiętując całe zdania. Nasze obcowanie z książkami – pisze Bayard – (…) jest mroczną przestrzenią nawiedzaną przez szczątki wspomnień, której całe bogactwo – oraz moc twórczą – stanowią krążące po niej niewyraźne widma.

Zresztą, nawet książka, którą solidnie i po bożemu przeczytaliśmy – już po chwili w naszej głowie – staje się raczej fałszywą projekcją, naszym marzeniem – niż książką właściwą. „Nasze własne słowa oddzielają nas bowiem od książek i chronią przed nimi tak samo jak słowa innych. Zaraz po przeczytaniu książki, a nawet wcześniej, zaczynamy rozmawiać o niej, najpierw sami ze sobą, później z innymi, a z czasem mamy do czynienia już tylko z tymi wypowiedziami i opiniami, zaś rzeczywista książka będzie się od nas stopniowo oddalać, pozostając już na zawsze jedynie hipotezą”.

W swoim wdzięcznym, lekko prowokacyjnym eseju, Bayard wykazuje, że nieczytanie jest obwarowane tabu, że kłamiemy ze wstydu przed kompromitacją towarzyską. A przecież zawsze znajdzie się książka, której nie czytaliśmy. Nie znaczy to – twierdzi francuski akademik – że mamy o niej nie rozmawiać. Od lapidarnego scharakteryzowania zjawiska przechodzi do prezentowania niewygodnych dla nie-czytelnika sytuacji i radzi, jak nie ulec panice.

urwane wątki

2010/08/8, niedziela

Latem lubię czytać polskie książki. Tak jak jesienią lubię chodzić na polskie filmy do kina. Takie lektury – wyczekane, wchłaniane bez pośpiechu, bez bieżączki multimediów i multiprac – dużo piękniej się oddają. Pędziłam niegdysiejsze lato w Pleśnej, wiosce nad Bałtykiem, w jakimś świętobliwym ośrodku, prowadzonym przez Braci lub Siostry – z cichą stołówką i wyludnioną plażą za różanym ogrodem i brzydkim mieszanym laskiem. Czytałam tam „Jadąc do Babadag” Stasiuka i nigdy już nie umiałam ustawić się do niej obiektywnie: słusznie dostała Nike, czy też jest skrzynką dla zgranych  kawałków, multiplikowanych motywów. Mnie ta książka przeprowadziła przez tydzień życia w wiosce położonej za zamglonymi miedzami, na których krowy moczyły wygięte brzuchy w wysokiej trawie, a Cyganie palili fajki na wozach. W małym kiosku sprzedawali piwo i to tam nocą, pod gwiazdami, błyszczały złote zęby w czarnych gębach – zupełnie jak w prozie Stasiuka. Cały czas miałam wrażenie, że znalazłam się we wnętrzu książki i chwaliłam Pana za tę piękną koincydencję książki i miejsca. Może książka nie chwyciłaby mnie tak, gdybym czytała ją w Neapolu albo chociaż Berlinie, kto wie? „Instalację Idziego” Jerzego Sosnowskiego należy czytać na Mazurach, ewentualnie w pociągu, najlepiej tym, który nas na Mazury powiezie:

„Tymczasem noc, koniec stycznia, stukot kół pociągu, seledynowy blask jarzeniówek na korytarzu, półmrok w rozkołysanych przedziałach. Jest tak późno, że pasażerowie pogrążeni w płytkim śnie albo unoszący się tuż nad jego powierzchnią nie pamiętają chwilowo, dokąd w ogóle jadą. W ciemności za oknami przelatują smugi czegoś białego (…) i nie wiadomo, co dalej, bo koła załomotały na rozjazdach, pociąg zwalniał przed jakąś stacją, rozmowa się urwała”.

Choroba przedmiotów

2010/08/6, piątek

Nuda to choroba przedmiotów. Objawia się ich więdnięciem – zauważył główny bohater słynnej „Nudy” Alberto Moravii. Nuda to „niedomiar rzeczywistości”, poczucie braku związku między podmiotem (nudzącym się), a rzeczywistością. Moja nuda przypomina częste i tajemnicze przerwy w dopływie prądu. Jest brakiem komunikacji i nieumiejętnością jego przezwyciężenia. Poczuciem, że między mną, a światem nie ma żadnej więzi – wyliczał Dino i komponował kolejne, sugestywne porównania: Przede wszystkim jednak cierpiałem na paraliż wszystkich czynności życiowych. Byłem niemy, apatyczny i otępiały, zdawało mi się, że jestem żywcem zamurowany we własnym ciele, jakby w jakimś hermetycznym i dusznym więzieniu.   

Dino „nudzi się” od dziecka. Nudzą go i drażnią pieniądze bardzo majętnej matki. Żeby na dobre pogrążyć się w dekadencji (lub cudem uratować) postanawia zamieszkać w lichej pracowni w „złej” dzielnicy i tam próbować być „bliżej życia”. Nie dostrzegając u siebie znamion talentu, oszalały z nudy, postanawia rzucić malarstwo. Nic nie jest dostatecznie realne, prawdziwe. Nic nie może go dotknąć, przejąć, uratować. A jednak. Wkrótce umiera sąsiad – pogardzany nieco przez Dina malarz. Umarł z miłości – głoszą plotki. Pewnego dnia – niespodziewanie Dino i Cecylia – fatalna kochanka – spotykają się w pracowni nieżyjącego malarza.   

Zdania w rodzaju: „Zgodnie z panującą modą ubrana była zawsze trochę jak tancerka, w lekką, bufiastą bluzkę i bardzo krótką, szeroką spódniczkę na halce, która nadawała sylwetce wygląd odwróconego kwiatu o chwiejnej i bujającej się koronie, poruszającego się na szypułkach”.

No ale oczywiście jest to (kolejna) książka o niszczącej sile miłości i namiętności. Prawdziwa namiętność ma to do siebie, że nie może być zaspokojona – pisała Susan Sontag. Pożądanie nie ma przeszłości i przyszłości – jedynie dotkliwą, boleśnie dojmująca teraźniejszość. Zatem to książka o opętaniu miłością, zmysłowością, seksem – swoją intensywnością przypomina „Gorzkie gody” Polańskiego, skalą autoanalizy bohatera – „Wyspę” Maraia.

Warto tę książkę przeczytać już dla dwóch scen: tej, w której Dino znęca się nad Cecylią i próbuje ją poniżyć (a ona i tak się wymyka), i tej, w której próbuje ją kupić (a ona i tak się wymyka), pokrywając ją (od stóp do głów) banknotami matki.  

W łóżku i przy makaronie

2010/07/28, środa

To dla mnie zbyt niewygodne. Poza tym, nie wiedziałbym, jak trzymać książkę – powiedział słynny krytyk Marcel Reich-Ranicki, który „nigdy nie czyta w łóżku” (cyt za „Forum”). Po łyknięciu takiego zdania człowiek od razu sam siebie pyta, jak czyta. I jak? Albo jak NIE czyta?

Nigdy nie potrafiłam czerpać przyjemności z czytania w wannie. Trudno leżąc w wannie podkreślać ołówkiem co ciekawsze kawałki. Szybko pojawiają się lęki, że księga wpadnie do wody i zmieni się w mokrą szmatkę lub spuchnięty papierowy kwiatek. Poza tym w wannie to chce się spać! Natomiast chętnie czytam oglądając filmy, wiadomości itd. Z przyjemnością czytam przy jedzeniu (lekarze odradzają), chociaż esejów nie tykam przy rybie pełnej ości ani przy krewetkach (potrzebne są obie łapy). W taksówce, knajpie, tramwaju? Czemu nie? Gazety lub krótkie formy. Na rodzinnych uroczystościach (tych nudnych, polecam!), choć wtedy człowiek może wyjść na bufona. Podczas gotowania (należy ratować cenne minuty przy makaronie). Z radością odnotowałam informację w „Przekroju”, że czytanie przy słabym świetle wcale nie jest szkodliwe dla oczu. To – proszę Państwa, otwiera całkiem nowe możliwości.

Weź się w garść

2010/07/26, poniedziałek

Podobno to najgorsza rada, jakiej można udzielić osobie pogrążonej w depresji. Ale po tygodniach chuchania, przynoszenia herbaty, głaskania – przychodzi znużenie, mimowolna pretensja. Irytacja. I ma się ochotę tą osobą potrząsnąć, uderzyć ją w twarz, oblać wiadrem zimnej wody. Podświadomie próbujemy dla odmiany jakoś wyciągnąć ją na powierzchnię, przebić się do niej. Letarg, marazm, spadek energii dotyka często osoby z syndromem „try harder” (staraj się bardziej), ze skłonnościami do perfekcjonizmu. W wydanej właśnie przez Czarną Owcę książce „Nie musisz być najlepsza” Aleksander Perski i Joanna Rose pokazują rozmaite syndromy wypalenia i radzą jak nie wpaść w pułapkę perfekcjonizmu.

Potocznie perfekcjonizm kojarzy się pozytywnie, brzmi jak komplement. – Perfekcjonistka: mówimy z podziwem. W domyśle: dokładna, rzetelna, pracowita. Tymczasem perfekcjonizm niesie ze sobą szereg problemów. Jednym z nich jest silny, permanentny stres, który przeżywają takie osoby. Zaniżone albo niestabilne poczucie własnej wartości, które sprawia, że rozpamiętujemy i wyolbrzymiamy wszelkie niepowodzenia, a chętnie pomniejszamy i łatwo zapominamy sukcesy. Taka osoba nie zazna spokoju – każde kolejne zadanie ma potwierdzić jej wartość. Perfekcjonizm nas spowalnia, hamuje, podcina skrzydła. Skupiając się na szczegółach, nie ogarniamy całości, zostajemy w wąskiej perspektywie, pochyleni nad detalami, które muszą być (równie) doskonałe.

Perfekcjonizm leży często u podstaw takich chorób jak anoreksja (potrzeba kontroli), neuroza, wielu chorób somatycznych o podłożu nerwicowym (kłopoty z ciśnieniem, migreny, bule brzucha i krzyża). No ale istnieje przecież także perfekcjonizm konstruktywny! Autorzy radzą, jak sobie pomóc i cytują przy tym fragmenty książek Sylvii Plath, Doris Lessing i Baumana. Niektóre porady są ogólnikowe i irytujące (spraw sobie psa, nie trać kontaktu z własnymi emocjami – brzmi jak parodia). Inne pozwalają na małą refleksję na temat skutków niekończącego się dnia pracy.

Dlaczego w tytule książki pojawia się rodzaj żeński? Przytaczając pomiary pulsu, ciśnienia i hormonu stresu u mężczyzn i kobiet w różnych sytuacjach (w domu i pracy) – naukowcy doszli do wniosku, że w nowoczesnych społeczeństwach nadal bardziej obciążone stresem są kobiety. Po 17.00 (godzina ukończenia prac) u mężczyzn szefów poziom hormonu stresu spada, podczas kiedy u kobiet (zwłaszcza matek) – rośnie.

Taki oto popularno-naukowy poradnik dla tych, którzy muszą uczyć się odpoczywać.

Z miłości do książek

2010/07/24, sobota

Każdy miłośnik książek wyobraża sobie czasem taką sytuację: najważniejsi autorzy, ulubieni bohaterowie i my – w jednym pokoju. Jak mogłaby wyglądać rozmowa XIX wiecznego pisarza z bohaterem XXI wieku? Postaci wykreowanej przez literaturę wiktoriańską z Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście”? Philipa Marlowe’a z Alicją z Krainy Czarów?

Bo w nas przecież książki ze sobą rozmawiają i z nami się komunikują. Wszyscy mamy taką wewnętrzną bibliotekę, która jest naszą kulturową bazą, czymś, do czego się odnosimy, z czego czerpiemy. Ba, zdarza się, że inspirujemy się w tak zwanym prawdziwym życiu – zachowaniami bohaterów. To się śni czasem. Mnie się śnił Fiodor Dostojewski, z którym rozmawiałam w pustym kościele. Śniło mi się, że goniłam rysia z Darkiem Foksem i śnili mi się poeci warszawscy na otwartym basenie. No ale oni jeszcze żyją.

Agnieszka Drotkiewicz zakończyła niedawno cykl spotkań literackich w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Spotkania, rozmowy odbywały się oczywiście wokół literatury. I został po tym ślad: książka „Daleko od wichrowych wzgórz” (seria Teatru Dramatyczego). Rzecz zaczyna dramat skonstruowany jak taki właśnie literacki sen!

„Pokój, stół, atmosfera apatycznej zabawy, skromny poczęstunek, od czasu do czasu muzyka. Może być to kurs twórczego pisania albo psychoterapia grupowa. Mogą też być urodziny. Albo nawet przyjęcie urodzinowe obchodzone na psychoterapii, w ramach zajęć twórczego pisania? Np.: Postaci siedzą w kręgu, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Ktoś się spóźnia”.

W dramacie udział biorą m.in.: HH, Houellebecq-Heathcliff, Emily-Sarah (hybryda Emily Bronre i Sarah Kane, Jelinek (wiadomo), Carrie Bradshaw (no, też wiadomo) oraz Anna (Ania Marchewka) i Agnieszka (autorka herself). Ten postmodernistyczny meeting jest wariacją na temat wewnętrznej biblioteki, fantazją osoby słodko opętanej przez literaturę. Czy rzeczywiście – jak chce Houellebecq – postępujące zanikanie relacji międzyludzkich sprawia, że powieść musi się przeformułować, że nie ma już miejsca na narrację gwałtownych namiętności? Drotkiewicz sprawdziła, co by się stało, gdyby dosłownie potraktować metaforę o rozmawianiu książek. Metafory są niebezpieczne. Jak mówił Kundera – miłość może się zacząć od jednej metafory.

Do kogo mówi poeta

2010/07/21, środa

Jedno z najczęściej zadawanych na wieczorach autorskich pytań: dla kogo pan / pani pisze? W domyśle: dla siebie? Dla czytelnika? I – jeśli tak – to dla jakiego: konkretnego? Kobiety? Ukochanej? Dla jakiejś grupy społecznej? Na przykład dla (szumnie mówiąc) humanistów? Dla (szumnie mówiąc) młodzieży? Dla (szumnie mówiąc) kolegów? Otóż właściwa odpowiedź na to pytanie jest właściwie niemożliwa.

Piszę dla siebie. – Taki wariant zakłada jakąś hipokryzję, bo skoro autor znalazł się w relacji z czytelnikiem / dziennikarzem, znaczy to, że jednak jakoś rzucił zaklęcie, z szuflady mu przecież nie wykradziono, siłą na wieczór nie doprowadzono. Trochę się można krygować, ale nie aż tak. Poza tym, kiedy człowiek pisze „dla siebie” łatwo zgubić dystans, trochę osunąć się w grafomanię. „Ja tam rozumiem moją symbolikę, ja pod tym zdaniem widzę obraz”. I pozamiatane.
Wariant drugi: dla wszystkich: źle. Fatalnie. Bo to znaczy dla nikogo, implikuje jakąś papkę miałką, banał masowy (proszę wybaczyć tautologię).

Dla takich to a takich: obraźliwie, o rany, faszystowsko brzmi nawet. Wyklucza człowiek potencjalnych czytelników, co gorsza sugeruje, że teksty jakoś profiluje pod publikę, że coś oblicza, że pisze według jakiejś innej niż sztuka religii – na przykład według ekonomii. Że może coś mu się opłaca, przymila się do czytelnika?

Ale przecież chce się autor z kimś jakoś komunikować, coś komuś powiedzieć, pokazać.
W jednym z wywiadów pisarz Bohdan Zadura powiedział: idealnym czytelnikiem, byłby ktoś jakoś do mnie podobny, mający za sobą te same lektury, te same doświadczenia. Ten ktoś by zrozumiał.
Z kolei Andrzej Sosnowski na jednym ze spotkań powiedział – Piszę dla legendarnych jedenastu czytelników, jak Andrzej Bobkowski. – Dlaczego dla jedenastu? – spytał ktoś z sali. – Dla mniej niż jedenastu to jakoś smutno, a jak się pojawia więcej czytelników, to trochę podejrzane.

Ciepło o korporacjach

2010/07/18, niedziela

Agnieszka i Mariusz UrbanekI mody intelektualne się zdarzają. Jedną z nich jest pisanie o czarnych, ponurych Korporacjach jako o kafkowskich Zamkach i Sądach, jako o sartrowskich Piekłach. Obraz taki pokazuje sukcesywne wyniszczanie człowieka skazanego na dehumanizację, instrumentalizację i dezintegrację w szponach bezwzględnej Firmy. Wszedł był pełny entuzjazmu, kreatywny, młody – wychodzi wyssany, wypluty, zgarbiony, spalony. Zombie. Biznesmen w polskiej prozie to zwykle palantino, godny pożałowania czarny charakter. Kumulacja wszelkich negatywnych cech. Chłopiec do bicia. Odczarować Korporację postanowił Mariusz Urbanek w świeżo wydanej książce „Romans Biurkowy czyli 99 dni z życia korporacji”. Wprawdzie szef banku, w którym rozgrywa się akcja, jest skąpy i próżny, ale przecież słodko dziecinny i tak naprawdę dość dobroduszny. Pani Jadzia nieco narcystyczna, ale serdeczna i ciepła. Reszta to ekipa sympatycznych leserów, nieudaczników i lizusów. Stereotypy (Pani Jadzia myśli głównie o zamążpójściu, panowie piją piwo i marzą o Jadzi w małej czarnej) są przerysowane i osuwają się w karykaturę, trudno więc robić z ich istnienia zarzut. Książka jest zresztą dla Urbanka, autora znakomitych biografii Kisielewskiego, Waldorffa i Tyrmanda, nietypowa. To lekkostrawna rzecz do czytania na wyrywki w upały, kiedy już nic, ale to nic, no zupełnie absolutnie nic się nie chce.

/fot. kultuba.info/

Ksz nam grozi

2010/07/14, środa

Kręciliśmy wideo o książce we wrocławskim Parku Japońskim. Zostaję przez chwilę sama – panowie idą robić przebitki do parku, a ja siedzę na ławce, wygrzewam się jak jaszczurka. I tępo się w coś zagapiam, zapominam o bożym świecie. Z otępienia wyrywa mnie „ksz-ksz”. To dokładnie: „ksz-ksz”. Ale nie chce mi się, nie odwracam głowy, nie szukam źródła dźwięku. Przeciągam miły bezczas ile się da. Ale ksz nie odpuszcza, wali we mnie jak młotem. Obracam się, widzę faceta: leży na trawie z nogami wyciągniętymi przed sobą. Podpiera się ręką i robi mi zdjęcie. Oto jest ksz w pełnej krasie: wdziera się w moją małą prywatność i ksz mi grozi. A ja już jestem za stara, i to, co kiedyś mogłam wziąć za komplement, teraz traktuję jako zagrożenie, plądrowanie, gwałt, jakąś właściwie kradzież. No dobra, ale co robić? Wdawać się w potyczki słowne z jakimś licho wie kim? Jeszcze się oderwie od trawy i przyjdzie. Niespecjalnie chcę się kontaktować. Zresztą, co mu powiem: nie rób mi pan zdjęć? – Nie tobie robię kobieto, tylko rododendronom (które się ładnie zowią różanecznikami). I będzie mi łyso, na próżną jakąś wyjdę. Albo powie: filmu nie mam. Albo: wolno mi, nikt mi nie zabroni. Nie ma paragrafu. Co też mi przeszkadza? – myślę. A jednak jest mi w tym niewygodnie, nieprzyjemnie, denerwuję się i czuję się kompletnie bezradna. Teraz ten Trawnik ma mnie w swoim aparacie, ma nade mną władzę, no trochę mnie ma!

I co robię? Siedzę i udaję, że nie widzę nic. Ksz się uśmiecha z satysfakcją. To on ma przewagę. Wygrał. „W każdym użyciu aparatu fotograficznego drzemie agresja” – pisze Susan Sontag w słynnym eseju „O fotografii” (wyd. Karakter). „W samym wykonywaniu zdjęcia jest coś drapieżnego. Robić ludziom zdjęcia to gwałcić ich – oglądać takimi, jakimi nigdy sami siebie nie widują, zyskać o nich wiedzę, jakiej sami nigdy nie będą mieli, i w ten sposób uczynić z nich przedmioty, którymi można symbolicznie zawładnąć”.

Wazon w czyśćcu

2010/07/6, wtorek

Bywa, że przedmiot nas drażni, że jakoś nam (do nas) nie pasuje. Zaburza nasz porządek, naszą geometrię (pokoju, domu). Wtedy go przesuwamy, dotykamy, stawiamy w sąsiedztwie innych rzeczy. Próbujemy włączyć w sieć domowych przedmiotów. I albo się go udaje oswoić, albo przenosimy go coraz dalej: do odległego pokoju, do szuflady, na balkon, aż w końcu pozbywamy się go ostatecznie. Zanim zdecyduję, gdzie powieszę nowy obraz – musi odstać w czyśćcu: na ziemi, pod ścianą. Trzeba go jakoś zaakceptować, zobaczyć. W znakomitym opowiadaniu „Grzech” – Tadeusz Różewicz wspomina wazon, który do ubogiego, praktycznego mieszkania przyniosła matka. Przedmiot drażniący, kłujący oczy, zaborczy. Skupiający na sobie uwagę. Ogniskujący spojrzenia domowników.

„Któregoś dnia otwarłem drzwi i zobaczyłem w pokoju na stole wazon. Był podobny do wielkiego jajka (…). Cały pokój był teraz wypełniony tym wazonem. (…) Była to pierwsza piękna rzecz w naszym mieszkaniu, która nie służyła nikomu, niczemu. (…) Przyłożyłem ucho do wazonu i zastukałem delikatnie. Potem jeszcze raz. Nie byłem sam w pokoju. Dawniej byłem sam, a teraz byłem z tym wazonem, który był obcy w naszym mieszkaniu. (…) Choć nikogo nie było w domu, szedłem na palcach, ostrożnie, powoli. Skradałem się w ciszy, w której wazon stał, jak w wacie. Pociągnąłem za serwetę, wtedy wazon poruszył się. Wtedy pociągnąłem mocniej”.

Ponowne publikacje, nowe zbiory, nowatorskie kompilacje, wszelkie wydania drugie, poprawione maja sens. Jeśli tylko służą pokazaniu kapitalnych, a nieco zapomnianych obszarów literatury. Tadeusz Różewicz nie należy do „zapomnianych”, wręcz przeciwnie: to jeden z niewielu autorów stale świeżych, czujnych, stawiających istotne dla współczesności diagnozy. Ale przyzwyczailiśmy się do myślenia o nim jako o poecie. A przecież jest wybitnym dramaturgiem i autorem świetnych opowiadań. Wydana właśnie przez Biuro Literackie „Wycieczka do muzeum” pokazuje kunszt i naturalny talent Różewicza. To różnorodne teksty: emigracyjne, społeczne, filozoficzne, może nawet miłosne. Warto je odświeżać, pokazywać (czytać).